piątek, 17 kwietnia 2020

Azja Południowo - Wschodnia - Wrażenia po zakończeniu podróży

Kilkanaście dni temu szczęśliwie wróciliśmy z naszej wyprawy po Azji Południowo-Wschodniej i zanim zaczniemy szczegółowo opisywać naszą podróż pragniemy się podzielić na gorąco naszymi ogólnymi wrażeniami.

Nasza podróż przebiegała w dużej części zgodnie z naszym planem opisanym w poście: Jedziemy do Azji Południowo-Wschodniej: Tajlandii, Laosu i Kambodży 
Pewne komplikacje wynikły z choroby Jurka, która rozpoczęła się w Pakse w Laosie oraz z powodu pandemii koronowirusa w końcówce, ale o tym później.

Podróżowaliśmy różnymi środkami transportu (przytoczymy trochę naszych danych statystycznych):

8 razy wsiadaliśmy do samolotów, którymi przelecieliśmy ponad 21600 km.
              
Samolot z Luang Prabang do Phonsavan
Samolot turbośmigłowym do Siem Reap


Samolot do Phuket via Kuala Lumpur
Na trasie Frankfurt – Bangkok - Frankfurt lecieliśmy olbrzymim dwupokładowym Airbusem A380-800 ( z nami leciało ponad 500 osób), a z Luang Prabang do Phonsavan maleńką Cessną, oprócz pilotów leciało z nami jeszcze troje pasażerów; 
26 razy jechaliśmy różnymi autobusami, przejechaliśmy nimi prawie 3000 km;
Łodzie na wyspie Koh Rong Sanloem
3 razy wypożyczaliśmy samochody, którymi w trzynaście dni przejechaliśmy ponad 2350 km;
7 razy wykupiliśmy różne wycieczki, w czasie których przejechaliśmy głównie busami około 900 km;
9 razy jechaliśmy taksówkami, przejechaliśmy nimi prawie 230 km;
6 razy jechaliśmy pociągami, przejechaliśmy nimi 630 km;
Łodzie na Mekongu
2-dniowy rejs Mekongiem to prawie 300 km wspaniałej wycieczki z przepięknymi widokami;
2 razy płynęliśmy wodolotami, i dwa razy promami morskimi, razem przepłynęliśmy w ten sposób 150 km
13 razy płynęliśmy promami rzecznymi ( po Mekongu i Menamie ) oraz małymi łódkami po morzu, taksówkami morskimi, w ten sposób przepłynęliśmy około 70 km,
47 razy, o ile dobrze policzyliśmy, jechaliśmy tuk-tuk'ami lub songthaew'ami. Pojazdami tymi przejechaliśmy około 310 km. ( Tuk-tuki to motoriksze zabierające 2-4 osób zbudowane na bazie motocykla, natomiast songthaew'y to trochę większe pojazdy, zbudowane na bazie samochodu dostawczego, tutaj pasażerowie jadą na pace, a ławki są wzdłuż burt samochodu, może nimi jeździć kilka, kilkanaście osób ). Pojazdy te to podstawa transportu miejskiego w krajach Azji:
Łodzie taksówki na wyspie Kho Phi Phi w Tajlandii Płd.
około 8 km przejechaliśmy na rowerze, około 10 km kajakiem ( tutaj nie napracowaliśmy się, bo płynęliśmy z prądem rzeki ) i wreszcie
pieszo przeszliśmy około 400 km ( prawdopodobnie było to dużo więcej, ale nie mieliśmy urządzeń do rejestrowania naszego chodzenia).

Przed podróżą długo dyskutowaliśmy w co się zapakować. Czy w walizki na kółkach czy plecaki? Po długiej dyskusji zdecydowaliśmy się na plecaki. Każde z nas miało po dwa plecaki jeden duży, drugi mały podręczny. Tym razem wzięliśmy mało rzeczy, ale i tak jak się później okazało trochę za dużo. Duży plecak Lili ważył 10 – 11 kg, a Jurka 13 – 14 kg.
Do wszystkich naszych miejsc noclegowych, oprócz jednego, dojeżdżaliśmy samochodem, taksówką lub tuk-tukiem. Praktycznie prawie nie musieliśmy więc nosić naszych plecaków. Ale na wyspie Koh Rong Sanloem w Kambodży nie było żadnych pojazdów i tam z plecakami do naszego pensjonatu szliśmy ok. 400 metrów lekko pod górę.
W czasie podróży nie mieliśmy kłopotów z praniem naszych rzeczy. Praktycznie w każdym hotelu można było oddać ciuchy do prania w cenie od 1 do 3 $ za kilogram.

Pierwszym zaskoczeniem dla nas po przylocie do Bangkoku (nasz post: Tajlandia - Bangkok, najczęściej odwiedzane miasto na świecie) była wysoka temperatura, ok. 34-35°C. Temperatura ta w połączeniu z wysoką wilgotnością, ok 80-90% była dla nas bardzo trudna do wytrzymania. 

Tłum turystów w kompleksie pałacowym w Bangkoku
W tych warunkach traciliśmy bardzo dużo z naszej energii i zapału. Warunki pogodowe w Bangkoku spowodowały, że nie zrealizowaliśmy tutaj planu naszego zwiedzania.


Pływający targ - floating market niedaleko Bangkoku
Chcieliśmy niestety jak najszybciej opuścić to gorące i duszne miasto. Dlatego trzeciego dnia zamiast zwiedzać jego atrakcje postanowiliśmy wyjechać za miasto. Wykupiliśmy pół dniową wycieczkę, na której zobaczyliśmy floating marketpływający targ oraz 


Train market niedaleko Bangkoku




tzw. train market. Jest to miejsce targowe na torach pociągu, które w momencie jego przejazdu jest błyskawicznie przenoszone. 
Po wyjeździe ze stolicy stopniowo przyzwyczailiśmy się do tej pogody. Wydawało się nam, że wilgotność powietrza nieco spadła. Duża wilgotność powietrza sprawiała, że krajobraz podczas całej wycieczki był przymglony. Im dalej jechaliśmy na północ, to było coraz chłodniej. Dwa razy w nocy nawet bardzo zmarzliśmy. Było to w górach w okolicach najwyższego szczytu w Tajlandii - Doi Inthanon. 


Mieliśmy zamówiony nocleg w bungalowie nad rzeką. Było uroczo, ale nasz domek miał pełen przewiew, ściany i podłoga miały duże szpary, a temperatura w nocy spadła nawet do 9°C. 
Powyżej nasz bungaloww górach, w którym zmarzliśmy
Od Chiang Mai temperatura była do zaakceptowania, było przyjemnie ciepło ale wilgotno. Bardzo gorąco się zrobiło dopiero po przylocie do Siem Reap w Kambodży.
W ostatnich dwóch tygodniach upały i duża wilgotność były już trudne dla nas do wytrzymania. Całe szczęście, że ten czas mieliśmy przeznaczony na wypoczynek i większość spędzaliśmy na plażach. Ale musieliśmy szukać plaż z cieniem. Nigdy nie sądziliśmy, że woda w morzu może być zbyt ciepła, a tutaj tak było.
Podróżowaliśmy w porze suchej, w tym okresie prawie nie było opadów. Niewielki deszcz był tylko pierwszego dnia w Bangkoku, nawet nie zdążyliśmy wyjąć parasola. Padało również dwa razy w nocy jak byliśmy na wyspie Koh Rong Sanloem w Kambodży.

Podróżowanie po Tajlandii, Laosie i Kambodży.

Stacja kolejowa na trasie
Bangkok-Kanchanaburi 
Nie mieliśmy żadnych kłopotów z zakupem biletów i podróżowaniem autobusami i pociągiem. Koniecznie trzeba było pojechać pociągiem przez sławny most na rzece Kwai w Talandii Płn. (nasz post: Tajlandia - Śladami II Wojny Światowej: Kolej Birmańska i Most na rzece Kwai).
Na dłuższych trasach bilety kupowaliśmy z jednodniowym wyprzedzeniem, pomagały nam w tym hotele lub kupowaliśmy w agencjach turystycznych. W Tajlandii i Laosie ceny biletów u wszystkich sprzedawców są jednakowe.
Przejazd  przez most na rzece Kwai w Kanchanaburi
W Kambodży już nie koniecznie. Czasami mieliśmy tam wrażenie, że cena biletu  tu w dużej mierze zależy od tego kto kupuje, rzadko ceny są tu wywieszone tak jak w Tajlandii czy Laosie.



Autobusz Sukhothai do Chiang Mai w Tajlandii Płn.
Na długich odcinkach w Tajlandii, takich jak z Ayutthaya do Sukhothai czy z Sukhothai do Chiang Mai, mieliśmy autobusy o wysokim standardzie. Natomiast na krótszych odcinkach podróżowaliśmy zwykłymi, lokalnymi autobusami z klimatyzacją naturalną to znaczy pełen przewiew - wszystkie okna otwarte. Mimo, że nie były tak luksusowe to współpasażerowie i obsługa byli bardzo mili i pomocni.

Mini van z Phonsavan do  Vang Vieng w Laosie
Trochę gorzej podróżowało się nam po Laosie i Kambodży. Tutaj jak było mało ludzi to zamiast dużego autobusu podstawiano mini vana, w którym nie zawsze jest wygodnie podczas długiej podróży.
W Laosie i Kambodży drogi mają często fatalną nawierzchnię, w przeciwieństwie do Tajlandii. Dlatego podróże są tu mniej komfortowe.
W Laosie na długich trasach popularne są nocne autobusy sypialne. My zamówiliśmy taki autobus na trasie z Vientiane do Pakse. Niestety nie jest to komfortowy sposób podróżowania. Miejsce sypialne dla dwóch osób to niewielkie koje o długości ok. 155 – 160 cm i szerokości ok. 80 - 85 cm. Na takim „łóżku” trudno we dwójkę się ułożyć. Ta noc była koszmarna nie tylko z powodu braku miejsca, ale również z powodu bardzo mocnej klimatyzacji, która włączała się co jakiś czas. Niestety nie było można jej wyłączyć. Decyzja o jeździe tym autobusem była największym naszym błędem logistycznym w tej podróży. I pomyśleć, że tylko dwa razy więcej kosztował samolot na tej trasie. 


Tuk-tuk  w  Chiang Mai w Tajlandii Płn.

Tuk-tuk hotelowy w  Phnom Penh w Kambodzy
Tuk-tuk w Laosie
Songthaew w Chiang Mai
Dworce autobusowe rzadko znajdują się w centrum miasta. Dlatego do hotelu czy pensjonatu trzeba jechać tuk-tukiemsongthaew'em lub taksówką. Przed przyjazdem zawsze pytaliśmy się w hotelu w jaki sposób się do nich dojeżdża i ile to powinno kosztować. Czasami transport z dworca czy lotniska był w cenie noclegu. Z taksówkarzami czy kierowcami tuk-tuków zawsze trzeba było się targować i nie wsiadać bez uzgodnienia ceny. Songthaew'y na ogół jeździły po ustalonej trasie i cena przejazdu też była z góry ustalona, ale trzeba było czekać, aż zbierze się wystarczająca ilość osób.
Często w cenie biletu na przejazd autobusem był odbiór z hotelu, rzadziej dowóz do hotelu.

Podróżowanie samochodem po Tajlandii.
W Tajlandii dwa razy wypożyczaliśmy samochód. Obowiązuje tu ruch lewostronny. Było to duże wyzwanie dla nas, a szczególnie dla Jurka (kierowcy), ponieważ nigdy nie prowadziliśmy samochodu w ruchu lewostronnym. Początki były trudne. Mając kierownicę po prawej stronie na początku nie ma się wyczucia szerokości samochodu. Kierunkowskazy ciągle się nam myliły z wycieraczkami. Po kilku dniach przyzwyczailiśmy się do technicznej obsługi samochodu. Odruch spoglądania w prawo do góry na środkowe lusterko wsteczne, o którym nie zdajemy sobie sprawy, jest tak silny, że do końca nie udało się go opanować. Jurek prowadząc głównie korzystał z lusterek zewnętrznych.
Ruch drogowy w Tajlandii, a szczególnie w dużych miastach, wygląda na pierwszy rzut oka, jako bardzo chaotyczny. Może się wydawać, że nie obowiązują tu żadne reguły i przepisy. Jednak do kilku należy się stosować:
większy samochód prawie zawsze ma pierwszeństwo,
- oczy mamy z przodu, nie możemy więc na nikogo najechać i potrącić, który jest w naszym polu widzenia,
- dźwięk klaksonu innych informuje  o zamiarze najczęściej wyprzedzania cię, a ty musisz to wziąć pod uwagę.
W praktyce sprowadza się to do lekkiego wymuszania swoich praw na jezdni, wciskania się w każdą wolną przestrzeń. Ale jak sytuacja tego wymaga to Tajlandczycy potrafią być uprzejmi i ustąpić pierwszeństwa. Niby statystyki mówią, że jest tu wiele wypadków. My nie widzieliśmy żadnego ( oprócz niewielkiej kolizji dwóch motocyklistów ).
Znacznie więcej niż u nas jest tu jednośladów, motorowerów i motocykli. Widzieliśmy jak takim jednośladem czasami jadą cztery osoby (rodzice i dwójka dzieci). Do tego każdy nowy kierowca musi się przyzwyczaić. Zaskoczeniem dla nas było to, że większość jeżdżących tu samochodów jest większa i dużo lepsza niż u nas. Widać tu duże rozwarstwienie społeczeństwa, biedniejsi jeżdżą jednośladami, bogaci wypasionymi brykami, średniej klasy jakby nie było.
Nie ma tu też tak szalonych kierowców jak u nas w Polsce. Na drogach nie jeździ się szybko, prędkość raczej jest zgodna z przepisami.
Drogi w Tajlandii są bardzo dobre, o dobrej nawierzchni. Wiele jest dróg dwujezdniowych. Na tych drogach w prawo (tak jak u nas w lewo) można skręcić tylko na skrzyżowaniu ze światłami (nie na wszystkich). Aby skręcić w prawo co jakiś czas na drodze dwujezdniowej jest wyznaczony pas do zawracania. Trzeba zawrócić, a potem skręcić w lewo. Są tu też drogi o parametrach autostrady, niektóre z nich są płatne. Autostradami jechaliśmy tylko taksówką w Bangkoku i autobusami.

A tu znak nie bardzo dla nas czytelny, bo tylko po tajsku
Tutaj jest znak, że trzeba zwolnić bo jest szkoła
A ten znak oznacza uważaj na przechodzące słonie












Widzieliśmy na niektórych skrzyżowaniach ze światłami, że auta skręcają w lewo mimo czerwonego światła. Sprawa wyjaśniła się dopiero jak byliśmy na wyspie Phuket. W okolicy sygnalizatora często stała tabliczka z jakimś napisem po tajsku. Na wyspie tabliczki były dwujęzyczne (po tajsku i angielsku), dopuszczały skręt w lewo. Coś w rodzaju naszej zielonej strzałki.

Znaki są trochę inne niż u nas, ale to nie stanowi żadnego problemu.
Jeździliśmy Nissanem Almerą. Było to auto ze słabym silnikiem i najprostszą automatyczną skrzynią biegów. Auto dobrze spisywało się na terenach płaskich, natomiast zupełnie sobie nie radziło w górach, przycisk „sport” w automatycznej skrzyni tylko nieznacznie poprawiał dynamikę jazdy.
Jeździliśmy z darmową nawigacją Maps.me w telefonach. Zawsze zaprowadziła nas tam gdzie chcieliśmy. Aplikacja ta była bezcenna przy naszych trekkingach oraz naszych spacerach po miastach.
W Tajlandii wypożyczyliśmy samochody za pośrednictwem portalu economycarrentals. Wynajem za pośrednictwem tego portalu był tańszy, aniżeli w innych (w poprzednich wyjazdach korzystaliśmy z rentalcars ). Komunikacja była dobra, my pisaliśmy do nich w języku polskim odpowiadali po angielsku. Podczas pierwszego wypożyczenia dość mocno zarysowaliśmy samochód. Lokalna wypożyczalnia obciążyła nas udziałem własnym 5000 batów, tj. ok. 630 zł. My ubezpieczyliśmy się w "economy cars" od takiego zdarzenia i dwa tygodnie od oddania samochodu i złożenia stosownych dokumentów reklamacyjnych otrzymaliśmy zwrot pieniędzy.
Zwiedzanie Tajlandii samochodem daje duży komfort i niezależność. Gdybyśmy mieli jeszcze raz przejechać tę trasę, to mając już doświadczenie w ruchu lewostronnym, wypożyczylibyśmy auto już w Bangkoku. Kilka dużych wypożyczalni nie dolicza do ceny kosztów odprowadzenia samochodu. My raz z tego skorzystaliśmy, oddając auto w innym miejscu niż pożyczyliśmy.

Noclegi.
W takim bungalowie spaliśmy koło Kampot w Kambodży
Jak wiecie ciągle przemieszczaliśmy się. Spaliśmy w 29 miejscach, łącznie 68 nocy, plus 2 noce spędziliśmy w samolocie, a jedną w tym feralnym nocnym autobusie. W zdecydowanej większości były to pensjonaty, małe hoteliki bądź hostele, ale i domki, bungalowy. Zawsze mieliśmy pokój dwuosobowy z łazienką.
Wszystkie miejsca noclegowe zarezerwowaliśmy na kilka tygodni przed wyjazdem, korzystaliśmy z portalu booking.com, a tylko kilka przez portal agoda.com. Tylko raz zmieniliśmy wcześniej zamówiony nocleg. Odmówiliśmy jeden nocleg w Sihanoukville w Kambodży, po tym jak zobaczyliśmy jak to miasto wygląda (w jednym remoncie).
Zdecydowana większość miejsc noclegowych spełniła nasze wymagania. Zawiedliśmy się tylko w dwóch przypadkach w Vientiane i Pakse. W Pakse mieliśmy pokój bez okna, a w Vientiane co prawda było okno, ale się nie otwierało. Wtłaczane powietrze nie było świeże i delikatnie mówiąc ładnie nie pachniało. Oba te przypadki przytrafiły się nam w hostelach. Generalnie warunki w hostelach mimo, że były to dwójki z łazienkami, nie były najlepsze.

Nasz bungalow w Nam Tok w Tajlandii Płn.
Najlepsze warunki noclegowe mieliśmy w pensjonatach w Vang Viengu w Laosie i w Siem Reap w Kambodży

Bardzo miło wspominamy nasz pierwszy nocleg poza Bangkokiem w Nam Tok. Mieszkaliśmy tu w bungalowie na skraju dżungli. O świcie obudziły nas odgłosy dżungli: ptaków i małp, a z pobliskiej wioski było słychać piania kogutów.
We wszystkich miejscach noclegowych mieliśmy europejskie ubikacje ( w publicznych miejscach zdarzały się "kucane" ). Wszędzie zużyty papier toaletowy trzeba było wyrzucać do oddzielnych koszy. We wszystkich toaletach był oddzielny kranik na wężyku do podmywania się.
Ośrodek z basenem w Huai San Kao w Tajlandii Płn.
Z dobrych warunków w Ban Huai San Kao w Tajlandii nie zdążyliśmy w pełni skorzystać, byliśmy tu za krótko  (jedna noc). Przyjechaliśmy po zmroku, a wyjechaliśmy rano. Łóżka we wszystkich miejscach były bardzo szerokie, ale twarde lub bardzo twarde.
W siedemnastu miejscach noclegowych mieliśmy śniadania. Najczęściej było to śniadania amerykańskie, czyli jajka sadzone z bekonem lub jajecznica, tosty, masło, dżem. Czasami miłym dodatkiem była sałatka owocowa. W Laosie i Kambodży zamiast tostów były bagietki ( to pozostałość po Francuzach ). W jednym miejscu można było zamówić śniadanie tajskie czyli pożywną ciepłą zupę. Tam gdzie nie mieliśmy śniadań chodziliśmy do pobliskich restauracyjek lub na bazar, gdzie najczęściej jedliśmy śniadania lokalne czyli zupy.

We wszystkich miejscach noclegowych mieliśmy WiFi. W zdecydowanej większości sygnał był bardzo dobry. W wielu restauracjach było dostępne także WiFi. Nie kupowaliśmy podczas tej wyprawy kart do telefonów z internetem.

Wyżywienie
O śniadaniach już pisaliśmy wyżej. W Tajlandii i w Laosie na obiady lub kolacje najczęściej chodziliśmy do miejscowych knajpek. Były to małe restauracje o kilku stolikach, gdzie posiłek był przyrządzany obok nas. Staraliśmy się stołować tam gdzie jedzą miejscowi, unikaliśmy restauracji dla turystów. Często jadaliśmy na bazarach.

Potrawka warzywna i pad thai (po prawej)



Najbardziej popularnym daniem w jest tu pad thai”, czyli smażony makaron ryżowy (często brązowy) z owocami morza lub z kurczakiem, wieprzowiną, warzywami, jajkiem. O smaku tego dania decydują miejscowe przyprawy: pasta z tamaryndowca, cukier palmowy, sos rybny. Podawany jest z kiełkami, najczęściej sojowymi, prażonymi orzeszkami ziemnymi, limonką i ostrą mieloną chili.

Bardzo smaczne są różne rodzaje zup. Do zup dodawany jest często miejscowy imbir i trawa cytrynowa. Dużo zup jest na bazie mleczka kokosowego. Im mniej turystyczna, a bardziej lokalna była restauracja, to do jedzenia podawano nam pałeczki. Jurek wystarczająco dobrze opanował jedzenie makaronu pałeczkami. Inne dania jedliśmy normalnymi sztućcami: widelcem i łyżką, noży tu się nie podaje, są niepotrzebne przy prostych posiłkach. 

Jak tylko mogliśmy jadaliśmy ryby. Trzeba uważać, żeby podana potrawa nie była zbyt ostra. Najczęściej prosiliśmy o średnio ostrą. Raz zamówiliśmy potrawę z ryby, która była tak ostra, że na koniec kelnerka przyniosła nam lód. Z ryb najlepsze są te grillowane w całości.

Mango na różne sposoby: shake, potrawka z ryżem i obrane



W ciągu dnia bardzo często kupowaliśmy "shake'i". Tutaj były to zmiksowane z kostkami lodu i cukrem owoce. Najczęściej piliśmy shake'i z mango lub z ananasa, z reguły zamawialiśmy bez cukru. Często też kupowaliśmy surowe owoce. Małe banany smakują tu zupełnie inaczej, szkoda, że nie ma takich w Polsce. Z owoców mniej znanych u nas, nam najbardziej smakowała maracuja. 


W Tajlandii i Laosie jedzenie bazarowe jest bardzo tanie. Za mniej niż 10 złotych można solidnie się najeść. Czasami mieliśmy wrażenie, że ludzie tu mało gotują tylko stołują się na bazarach. W każdej większej miejscowości popularne są tak zwane bazary nocne(otwierane na godzinę przed zmrokiem do ok. 22-23:00 ). W przeważającej części są to budki ze straganowym jedzeniem. Często miejscowi kupują tu też jedzenie na wynos.  Można zjeść dwie solidne porcje pad thai'a i za nie zapłacić mniej niż za jedno piwo. W Tajlandii alkohol jest drogi.   


Byliśmy też w centrum handlowym w restauracji podobnej do McDonalda, tylko z tajskim jedzeniem. Też było smaczne.
Jedzenie w Laosie niewiele się różni od tajskiego. Dla nas smaki są podobne. Natomiast piwo w Laosie jest dużo tańsze. Czasami na filmach turystycznych pokazuje się grillowane skorpiony, smażone robaki itp. Widzieliśmy takie stoiska ( było ich niewiele ), ale nie cieszyły się popularnością ani miejscowych, ani turystów. My również nie przekonaliśmy się do ich skosztowania.


Tu można zamówić szaszłyk z krokodyla
Natomiast raz skosztowaliśmy szaszłyków z krokodyla. Były smaczne, mięso białe, w smaku trochę podobne do kurczaka. Tutaj prawie nie ma krokodyli dziko żyjących ( tak jak i słoni ), natomiast są tu fermy hodowlane krokodyli głównie dla przemysłu skórzanego.

W Kambodży mieliśmy mniej zaufania do jedzenia bazarowego, tu częściej jadaliśmy w restauracjach. Kuchnia khmerska najmniej nam smakowała. Tutaj najbardziej charakterystyczną potrawą jest amok czyli ryba gotowana na parze w liściu bananowca a podawana w zupie na bazie mleczka kokosowego. Czasami zamiast ryby może być mięso, ale to już nie jest klasyczny amok.
Żywe kraby na targu w Kep w Kambodży
W Kambodży w miejscowości Kep kupiliśmy na targu kilogram żywych krabów błękitnych, z których na naszych oczach przyrządzono nam potrawkę. Jedzenia nie było dużo, ale było bardzo smaczne.
Jedzenie na początku pobytu bardzo nam smakowało. Nowe smaki przypadły nam do gustu. Ale z czasem smaki trochę się nam opatrzyły i później tęskniliśmy już za europejskim jedzeniem. Mimo, że stołowaliśmy się w bardzo tanich miejscach nie mieliśmy żadnego zatrucia pokarmowego czy niestrawności.

Pieniądze
W Tajlandii walutą jest tajlandzki bat. Najlepiej wymieniać dolary USD na baty. Podczas naszego pobytu za jednego dolara otrzymywaliśmy od 30 (na początku pobytu) do 31,2 batów. W przeliczeniu na złotówki 1 bat to 0,125 – 0,13 złotego. W miejscach turystycznych kantorów jest dużo. Zauważyliśmy, że lepsze kursy wymiany w kantorach są wieczorami.
W Laosie walutą jest kip laotański. Jest to słabsza waluta niż bat. Za dolara otrzymywaliśmy 9100 – 9400 kipów. W Laosie trudniej jest wymienić pieniądze. W Vientiane długo szukaliśmy kantoru. Wiele kantorów było tutaj w okolicy bazaru.
Do Laosu lepiej zabrać jest dolary niż euro. Euro jest tu walutą słabszą, za 1 Euro można tu było otrzymać 9600 – 9900 kipów. W Tajlandii też lepszy kurs wymiany mają dolary, ale różnica w przelicznikach jest niewielka.
W Tajlandii i Laosie korzystny przelicznik wychodził nam przy płaceniu kartą Visa ( znacznie lepszy niż Mastercard nawet World ).
Kambodża jest dziwnym krajem, bo miejscowa waluta prawie się tu nie liczy. Główną walutą jest tu dolar amerykański. Miejscowa waluta – riel kambodżański służy do wydawania niewielkiej reszty. Jeżeli coś kosztuje mniej niż 1 dolar to resztę otrzymuje się w rielach po kursie: 1 dolar = 4000 rieli. W kantorach nie wymienicie swojej waluty na riele, ale na dolary, a riele otrzymacie przy okazji (np. jeżeli 100 Euro wymienicie w kantorze to dostaniecie np.106,60 $, z tej kwoty 105 lub 106 w dolarach, a resztę w rielach ). 
Kambodża, mimo że jest najbardziej ubogim krajem, dla turysty jest krajem relatywnie droższym niż Tajlandia czy Laos. Tutaj dziennie wydawaliśmy więcej pieniędzy aniżeli w pozostałych krajach. Niestety za wyższymi kosztami nie idzie w parze jakość usług.

Religia.
Zarówno w Tajlandii, Laosie, jak i Kambodży dominującą religią jest buddyzm Therevada. Wszystkie świątynie buddyjskie budowane są w podobnym stylu architektonicznym. W Tajlandii świątynie są bardzo zadbane jest w nich bardzo czysto. Aby wejść do świątyń trzeba zdjąć buty. 
Jest tu dużo wiernych, którzy nie skąpią pieniędzy na utrzymanie świątyń. Prawie zawsze można spotkać modlących się. W soboty i w niedzielę przed południem w niektórych świątyniach jest duży tłok. Na straganach przed świątyniami wierni kupują kwiaty i kadzidełka, z którymi się modlą ( między rękami ). Potem bądź zostawiają je w świątyni lub zabierają, jako poświęcone do domu. Na północ od Bangkoku, tam gdzie mieszkają Chińczycy spotyka się również świątynie chińskie. Też są zadbane, ale nigdzie nie widzieliśmy wiernych. 
Meczet w Ao Nang w Tajlandii Płd.
Natomiast na południu Tajlandii jest wiele wyznawców islamu. Meczetów na wyspie Phuket widzieliśmy dużo.
W rządzącym przez komunistów Laosie świątyń jest sporo, ale wiernych niewiele. Za to mnichów jest dużo, szczególnie w Luang Prabang, duchowej stolicy Laosu. Może wiara się tu odrodzi. Komuniści już od jakiegoś czasu zaprzestali prześladowania wiernych. Zadbane są świątynie o znaczeniu historycznym, opisane w przewodnikach, w tych świątyniach pobiera się od turystów opłaty za wstęp.
Natomiast w Kambodży świątynie są bardzo często zaniedbane, brudne, zakurzone. Wiernych praktycznie się nie spotyka. Są to efekty rządów Czerwonych Khmerów, a teraz komunistów.


Biała świątynia w Chiang Rai w Tajlandii Płn.

Niebieska świątynia w Chiang Rai w Tajlandii Płn.

Złota stupa w Vientiane w Laosie











W wielu miejscach, gdzie są buddyjskie klasztory, o świcie odbywa się ceremonia "tak bat" czyli procesja jałmużna mnichów. Mnisi idą z pustymi miskami, do których otrzymują od mieszkańców i turystów ryż. Najsłynniejsza odbywa się w Luang Prabang. Nigdy nie mieliśmy tyle samozaparcia, aby wstać przed świtem i obserwować to wydarzenie.
Wspaniałe buddyjskie świątynie oglądaliśmy w Tajlandii: w Bangkoku, Chiang Mai, Lampangu, Lamphun, Chiang Rai (szczególnie zapisały się tu w naszej pamięci świątynia biała i świątynia niebieska ); w Laosie: w Luang Prabang i Vientiane; w Kambodży tzw. świątynia srebrna w kompleksie pałacowym w Phnom Penh.


Srebrna świątynia w Phnom Penh

Świątynia Doi Suthep w okolicach Chiang Mai

Świątynia Wat Chedi Luang w Chiang Mai
W całej wyprawie najmniej się nam podobały miasta. Miasta są zabudowane bez żadnego planu, byle jak. Rudery obok ładnego budynku, szpecące kable na wysokości pierwszego piętra to norma w miastach. W tym całym miejskim bałaganie i chaosie znajdują się gdzieniegdzie perełki architektoniczne, do których jechaliśmy.
My mamy chyba inną wrażliwość i poczucie estetyki.
We wszystkich dużych miastach: Bangkoku, Vientiane czy Phnom Penh na dłuższych trasach lepiej nie korzystać z otwartych tuk-tuków, a z taksówek. Zanieczyszczenie spalinami jest bardzo duże.

Plątanina kabli w Chiang Mai, tak było prawie wszędzie



Trochę zawiedliśmy się na mieście Chiang Mai w Tajlandii Północnej. Z relacji turystów miało to być ładne i spokojne miasto. Oprócz wspaniałych,  ładnych świątyń i kilku budynków w mieście nie było nic ciekawego. Natomiast okolice Chiang Mai są warte dłuższego pobytu, ale trzeba mieć środek transportu.
Uliczka w Luang Prabang w Laosie
Na całej trasie z miast spodobało się nam tylko laotański Luang Prabang, zasłużenie według nas znalazło się na liście UNESCO. Tutaj przeważa kolonialna francuska zabudowa, która wspaniale współgra z laotańskimi świątyniami i pałacem królewskim. Wspaniały jest tu też widok na majestatyczny Mekong. To miasto ma swój klimat ( te uwagi dotyczą wyłącznie centrum miasta znajdującego się na półwyspie ).

Phnom Penh - promenada nad Mekongiem
Ładna jest też promenada nad Mekongiem w Phnom Penh, ale to też spadek po Francuzach. 
Podobał się nam wieczorny widok na nowoczesne dzielnice w Bangkoku.

W Laosie przeszkadzał nam pył i kurz z nieutwardzonych ulic i dróg wzniecany kołami samochodów i motocykli. Tutaj ludzie powszechnie nosili maseczki, ale nie w ochronie przeciw koronawirusem, ale przed kurzem i pyłem.
W Kambodży dodatkowo przeszkadzały nam wszechobecne śmieci. Jadąc drogami Kambodży ma się czasami wrażenie, że przejeżdża się przez wysypisko plastiku. Z utylizacją śmieci plastikowych Laos i Kambodża sobie nie radzą i często je po prostu palą. Czasami smród palonego plastiku jest nie do wytrzymania. Nie wiemy, jak my i Świat poradzimy sobie z tymi odpadami. Jest to globalny problem.

Ayutthaya w Tajlanii Płn.

Sukhothai w Tajlandii Płn.

Sukhothai w Tajlandii Płn.















Oprócz wspaniałych zabytków historycznych (Sukhothai - nasz post: 

Tajlandia - Sukhothai, pierwsza stolica niezależnego królestwa Tajów,

Ayutthaya - nasz post: 

Tajlandia - Ayutthaya, druga dawna stolica historyczna,

Chiang Mai - nasz post: Tajlandia - Chiang Mai, niegdyś stolica starożytnego królestwa Lan Na  ) nie mniej ciekawa na naszej wyprawie była przyroda. 

 W Tajlandii Północnej ładne góryparki narodowe w okolicach Chiang Mai ( nasz post: 

Tajlandia - Park Narodowy Erawan).




Na górskim szlaku Kaew Mae Pan w Tajlandii Płn.

Wodospad Wachirathan w Tajlandii Płn.

Wodospad w PN Erewan
















W Laosie rejs Mekongiem dostarczył nam niesamowitych przeżyć. Mekong to majestatyczna rzeka. Pierwszy raz spotkaliśmy ją w tzw. "Złotym Trójkącie" w miejscu gdzie spotykają się granice  Myanmar (Birmy), Laosu i Kambodży, potem płynęliśmy nią w ramach rejsu do Luang Prabang w Laosie, a jeszcze potem spotkaliśmy Mekong w Vientiane ( stolicy Laosu), w Pakse w Laosie i w Phnom Penh (stolicy Kambodży). 


"Złoty trójkąt" styk granic Myanmar, Laosu i Tajlandii


W czasie rejsu Mekongiem
Mekong przed Luang Prabang w Laosie
Przyrodę lepiej obserwować w porze deszczowej. Wtedy dżungla jest bujniejsza, wszystko jest intensywnie zielone, powietrze jak nie pada jest przejrzyste, a niebo niebieskie. Ale wtedy jest mokro, jest błoto i są owady. Nie wiadomo co jest lepsze?

Wodospad w Kuang Si w Laosie  

Przy wodospadach Kuang Si w Laosie



Jeden z wodospadów w Bolawen w Laosie
Obserwowanie olbrzymich wodospadów Si Phan Don na Mekongu oraz wodospadów na płaskowyżu Bolawen to fantastyczne przeżycie.

Plaża na wyspie Phuket w Tajlandii Płd.
Plaże na wyspie Phuket w Tajlandii są ładne, długie, złote od piasku. Jak my byliśmy tam to od morza wiał wiatr i były dość duże fale, uniemożliwiające pływanie. Jednakże Phuket nie jest dla nas, za dużo tu ludzi i turystów, to nie nasz klimat.
Plaża na wyspie Ko Phi Phi w Tajlandii Płd. 


Wyspa Ko Phi Phi jest bardzo ładna. Poszliśmy na plażę Long Beach. Były tu bungalowy ładnie wkomponowane w dżunglę szkoda, że takie drogie. Na plaży było trochę za dużo ludzi, wszyscy szukali cienia.




Plaża Long Beach na wyspie Ko Phi Phi 

Prawdziwym rajem jest kambodżańska wyspa Koh Rong Sanloem i jej plaża w Clear Water Bay
Plaża Clear Water Bay na wyspie Koh Rong Sanloem
Długa, czysta plaża ze wspaniałym białym piaskiem. Jak my tam byliśmy to prawie nie było ludzi. Trudno tam się dostać. Można popłynąć motorówką z M'Pai Bay albo na piechotę przez Long Beach i dżunglę (około 90 minut). Niestety rozbudowujące się na kontynencie miasto Sihanouville  prawdopodobnie za kilka lat zniszczy ten raj.





Plantacje herbaty w Tajlandii Płn.
Pola ryżowe w Tajlandii Płn.
Widzieliśmy na północy Tajlandii m.in. pola ryżoweplantacje herbaty, plantacje bananów, ananasów, a w Laosie plantacje kawy ( dawno nie piliśmy tak dobrej kawy jak ta na plantacji ) oraz w Kambodży plantację pieprzu, hodowlę jedwabników oraz produkcję jedwabiu.
Mimo, że kraje te produkują kawę i herbatę trudno tu napić się dobrej kawy i herbaty.



Plantacje bananów w Tajlandii Płn.
Plantacja pieprzu niedaleko Kampot w Kambodży



Turystom w hotelach podaje się niedobrą kawę rozpuszczalną. Prawdziwa kawa jest dostępna w niewielu restauracjach czy cukierniach i jest relatywnie bardzo droga. Nam wydawało się, że w tych krajach kawę i herbatę piją tylko turyści.






Asystent lekarza przeprowadza wstępny wywiad z Jurkiem
Jak pisaliśmy na początku posta po tej fatalnej nocy w autobusie sypialnym do Pakse w Laosie, prawdopodobnie z powodu zbyt silnej klimatyzacji, Jurek zachorował. W nocy dostał wysokiej gorączki (38,8 C). Rano postanowiliśmy iść do lekarza. Wysłaliśmy maila do ubezpieczyciela. ( Ubezpieczeni byliśmy w TU Europa, a ubezpieczenie wykupiliśmy po promocyjnej cenie przez stronę rankomat.pl  ). Bardzo szybko, bo po kilkunastu minutach otrzymaliśmy adres kliniki.  Tam już czekali na nas. Lekarz zlecił wszystkie badania: krew, mocz, rtg, usg. Już po godzinie były wyniki badań i wiedzieliśmy, że jest to wirusowe zapalenie oskrzeli. Wykluczyli malarię, dengę i jeszcze inne choroby tropikalne.  Tu na miejscu otrzymaliśmy stosowne lekarstwa. Po już 80 minutach mogliśmy wrócić do hotelu. 
Niestety, po początkowej poprawie (spadek temperatury) nastąpiło pogorszenie i w Siem Reap w Kambodży znowu musieliśmy skorzystać z porady lekarskiej. Lekarz stwierdził nadkażenie bakteryjne i przepisał antybiotyk, który po kilku dniach pomógł. W związku z tym niestety Ankor Wat'u nie widzieliśmy.

Mimo tego, naszą wyprawę uważamy za bardzo udaną. Zrealizowaliśmy prawie cały założony wcześniej plan wyprawy (najbardziej szkoda  tego Ankor Wat'u w Kambodży).

Wyjeżdżając 8 stycznia wiedzieliśmy już trochę o epidemii koronowirusa w Chinach. Nie przypuszczaliśmy, że po siedemdziesięciu dniach naszej podróży przerodzi się to w  ogólnoświatową pandemię i skomplikuje nam powrót do kraju. W okolicach chińskiego Nowego Roku, obchodzonego w tym roku 25 stycznia byliśmy w okolicach Chiang Mai i Lampangu w północnej Tajlandii. W tym okresie było tu wiele grup wycieczkowych z Chin. Uważaliśmy aby się do nich specjalnie nie zbliżać. 
Mając Internet wiedzieliśmy co dzieje się na świecie i w kraju. Epidemia w Chinach jakoś nas nie dotykała. Przecież tutaj była kiedyś epidemia ptasiej grypy czy SARS. Świat jakoś sobie z tym poradził. Myśleliśmy, że z koronawirusem będzie podobnie. Bardzo nas zmartwiły wiadomości nadchodzące z Europy, a przede wszystkim z Włoch, a później z  Polski. 
Tutaj, aż do naszego wylotu z Sihanoukville, w dniu 6 marca też nie widzieliśmy żadnego zaniepokojenia. Pierwszy raz zmierzono nam temperaturę właśnie na lotnisku w Sihanoukville w Kambodży. Na lotnisku w Phuket już było więcej osób w maseczkach. W Tajlandii przesiewowe pomiary temperatury były już w wielu miejscach, np. przy wjeździe na wyspę Ko Phi Phi, raz nawet przy wejściu na plażę czy w Bangkoku do chińskiej świątyni i centrum handlowego. Nie było tu widać żadnej paniki. Nikt tu niczego nie wykupywał, ale w jakiś tajemny sposób z aptek zniknęły maseczki. W Phuket, na wyspie Ko Phi Phi czy w Ao Nang wszędzie było pełno turystów.  
Pewne zaniepokojenie i powagę sytuacji wyczuliśmy dopiero po przylocie do Bangkoku. Tu w sklepach, restauracjach, hotelach wszędzie były płyny do odkażania rąk. Dużo więcej ludzi niż w styczniu chodziło w maseczkach. Ale poza tym ruch w mieście i na targowiskach w chińskiej dzielnicy ( tu mieliśmy ostatni nasz nocleg ) był duży. Natomiast na lotnisku w Bangkoku, szczególnie wśród turystów wylatujących do Europy dało się odczuć zdenerwowanie i zaniepokojenie. Cała obsługa lotniska chodziła w maseczkach. Wszędzie były płyny do odkażania.

Koniec naszej podróży zaplanowaliśmy na 17 marca, a od 15 marca nasz rząd zamknął granice i lotniska. Bez przeszkód dolecieliśmy do Frankfurtu (zgodnie z planem), ale niestety nasz samolot do Katowic został odwołany. Zaskoczyła nas obsługa samolotu Lufthansy, nie miała maseczek, w samolocie nie było płynów odkażających. To samo było po przylocie do Frankfurtu, jakby się tu nic nie działo.
Postanowiliśmy dostać się do kraju przez przejście dla pieszych. Początkowo można było granicę przekraczać pieszo w trzech miejscach. Najbardziej na południe było przejście w Gubinie. Wypożyczyliśmy przez Internet samochód z opcją oddania w Eisehüttenstadt. Potem na lotnisku w Bangkoku dowiedzieliśmy się, że uruchomiono dla pieszych przejście w Zgorzelcu. Po przylocie zmieniliśmy więc miejsce oddania samochodu na Görlitz. Pod koniec jazdy, na 60 km przed granicą polską wpadliśmy w korek samochodowy (głównie TIR'ów) do granicy. Ponad godzinę zajęło nam wyplątanie się z niego. W Görlitz na 150 metrów przed dworcem kolejowym (oddawaliśmy tu samochód) utknęliśmy w drugim korku, w którym stały polskie samochody osobowe i dostawcze, oczekujące na otwarcie tu granicy na godz. 24:00. W końcu udało się nam trochę inną drogą dojechać do dworca.

Przekraczamy pieszo na moście granicę
W Zgorzelcu na granicy dla pieszych kolejek nie było. Służby graniczne kazały nam wypełnić dokument do kwarantanny, ale nikt nie sprawdzał naszych danych z paszportem. Po prostu nikt się nami nie interesował, a byliśmy przecież "dużym zagrożeniem z zewnątrz". Całe szczęście, że tuż za granicą wolontariusze poczęstowali nas kanapkami i batonikami. Dali nam wodę do picia. Było to na wagę złota. Mieliśmy więc kolację i byliśmy im bardzo za to wdzięczni. W Zgorzelcu wszystkie restauracje i hotele były z powodu koronawirusa  zamknięte.

Wypełniamy zgłoszenie do kwarantanny
Już w Polsce w Zgorzelcu
Bez większych przeszkód pustymi pociągami i taksówką dojechaliśmy do domu po 36 godzinach od hotelu w Bangkoku. Niestety nasze wrażenia z wyprawy zostały przyćmione walką o zdrowie w związku z pandemią koronawirusa. Jednocześnie cieszymy się, że mogliśmy odbyć tak długą podróż i zdrowi wracamy do kraju. Mimo wszystko jesteśmy pełni nadziei, że ta okrutna pandemia nie będzie w stanie nam zatrzeć miłych wrażeń i wspomnień.

Tyle w skrócie z tej naszej egzotycznej podroży. 

Zamierzamy relacjonować naszą wyprawę z miejsc, które zapisały się w naszej pamięci i warte są zaakcentowania. Z pewnością nie wszystko nam się uda opisać, ale postaramy się w miarę możliwości  jak najwięcej.

Mamy nadzieję, że jeszcze uda się nam odbyć w niedalekim czasie następne równie ciekawe wyprawy.
Na zakończenie piękny zachód słońca nad Mekongiem w Luang Prabang w Laosie.