czwartek, 25 kwietnia 2013

Maroko Dzień 3. Droga do Marrakeszu

Planując trasę naszej podróży ten dzień sprawiał najwięcej kłopotów. Do Marrakeszu chciałem koniecznie pojechać starą drogą przez góry Atlasu Wysokiego, przełęcz Tizi n'Test, a nie autostradą. Kiedyś gdzieś w internecie przeczytaliśmy, że drogę tę ktoś zakwalifikował do dziesięciu najbardziej niebezpiecznych dróg świata spośród tych najbardziej malowniczych. Lila nie lubi takich dróg, ma lęk wysokości. Zacząłem więc dużo czytać w internecie. Relacje podróżników były dobre, droga miała nie być stroma, na całej długości miał być asfalt i nie trzeba było mieć napędu na cztery koła. Więc zaryzykowałem. A plan trasy był taki:



Rano Didier jak dowiedział się którędy chcemy jechać zrobił dziwną minę i nic nie powiedział. Wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu. Po półtorej godzinie dojechaliśmy wygodną dwupasmową drogą do Tarudant'u. Jest to niewielkie miasto otoczone imponującymi XVII wiecznymi murami obronnymi, mają prawie 9 kilometrów długości. Ze względu na te mury bywa nazywane małym Marrakeszem. 




Mury Tarudantu
Na parkingu dopadł nas Marokańczyk i zaoferował, że nas oprowadzi. My, że wiemy gdzie mamy iść, a za jego oprowadzanie nic mu nie zapłacimy. On, że absolutnie nie robi tego dla zarobku, chce tylko mówić po angielsku. Chodził z nami pół godziny i wcale nie szedł tam gdzie chcieliśmy. W końcu podziękowaliśmy mu, bardzo nas prosił żebyśmy poszli do sklepu z dywanami jego siostry. Po obejrzeniu murów poszliśmy na kawę do bardzo klimatycznego hotelu Salem. 

Wnętrza hotelu Salem
Hol hotelu
W hotelu Salem
Hotel w stylu marokańskim z ładnymi ogrodami, sadzawkami i fontannami zwiedzaliśmy jak muzeum. Stare miasto wewnątrz murów brzydkie, nie zadbane, na zewnątrz murów ładne przestronne ulice dużo zieleni, fontanny.
Kilkanaście kilometrów za Tarudantem w lewo odchodzi droga R203 do Marrakeszu. Droga jest wąska, o kiepskiej nawierzchni, trafiały się krótkie odcinki bez asfaltu. Cały czas mozolnie wspinamy się pod górę. Nie ma tu spektakularnych serpentyn, ostrych zakrętów. Jedyną jej wadą jest to, że miejscami jest eksponowana i z reguły nie ma żadnych zabezpieczeń. Na szczęście ruch na tej drodze jest minimalny, ludzie jeżdżą tu do niewidocznych z drogi osad i domostw. Tylko kilka razy jechał ktoś z przeciwka, byli to tacy turyści jak my, na szczęście mijanki były bezproblemowe. Krajobrazy podobne do Antyatlasu, góry przypominają trochę nasze Beskidy, Pilsko i Babią Górę, ale bez zwartych lasów. Drzewa rosną pojedynczo. Drzew arganiowych prawie się tu nie spotyka.

Droga na przełęcz Tizni n'Test
Droga na przełęcz Tizni n'Test
Zatrzymujemy się w jednej z niewielu herbaciarni na wysokości ok.1600 m. Widoki są wspaniałe pijemy miętową herbatę, robimy zdjęcia i jedziemy dalej. Przed samą przełęczą droga robi się bardziej kręta, krajobraz dziki i skalisty. Wreszcie jest przełęcz Tizi n'Test 2100 m npm. Teraz zjeżdżamy na południe w kierunku Marrakeszu. Droga robi się szersza o znacznie lepszej nawierzchni, jest więcej drzew, widoki są jeszcze wspanialsze. Widać stąd najwyższe góry Maroka, gniazdo Toubkal'u 4167 m.

Droga z przełęczy w głębi masyw Toubkalu 
Po godzinie od przełęczy dojeżdżamy do niewielkiej osady, gdzie znajduje się meczet Tinmal. Jest to meczet, wybudowany w XII w. przez Almohadów, jednej z pierwszych dynastii władców Maroka. Meczet ten w tamtych czasach był też budowlą obronną. Pełnił też funkcję skarbca, tu były w XII i XIII w. przechowywane aktywa władców z Marrakeszu. Dziś został odbudowany, jest w stanie dobrze zachowanej ruiny, brakuje mu dachu. Dalej pełni funkcję meczetu. Gdzieś przeczytaliśmy, że dzięki funduszom jakie na jego odbudowę wyłożyła Unia Europejska my niewierni możemy go zwiedzać. Dziś tu jest całkowity spokój, nie ma nikogo, ani jednego autobusu, samochodu, nie ma ludzi. Sprzed meczetu wspaniałe widoki na góry Atlas. Przy parkingu kwitną opuncje. Jednak gdy wjeżdżamy na parking pojawia się pilnujący i po zapłaceniu równowartości 1 euro wchodzimy do środka, za wysokie mury meczetu. To, że nie ma dachu jeszcze potęguje wrażenie.



W meczecie Tinmal 
Meczet jest duży, ogromne prostokątne kolumny dzielą przestrzeń modlitewną na dziewięć naw. Meczet Tinmal posłużył jako wzór do zbudowania marrakeskiego meczetu Kutubija, pośrednio jako wzór dla większości meczetów w Maroku.
Szkoda, że w Maroku możemy zwiedzać tylko trzy meczety: ten, w Rabacie oraz w Casablance. Zakaz wchodzenia przez niewiernych to efekt polityki Francuzów. Wybudowali oni obok miast istniejących nowe dzielnice, do których zabronili wchodzić miejscowym, oprócz służby za specjalnymi przepustkami. Marokańczycy w odwecie zabronili niewiernym wchodzić do meczetów i tak już zostało do dziś.
Kilka kilometrów dalej na przydrożnym placyku, który pełni funkcję suku (targu) znajdujemy budy które są restauracjami. Niestety restauracyjki te już skończyły pracę, powiedzieli nam, że już nie mają nam nawet z czego zrobić jedzenia. Musieliśmy wyglądać na bardzo zdesperowanych i głodnych, że jeden z właścicieli poszedł do pobliskich domów i przyniósł miskę z mielonym mięsem, zrobił nam z tego kefta z jajkiem. Kulki mięsa poddusił, na koniec dodał jajko. Wyglądało dobrze ale smakowało jak mydełko. Dodał za dużo przyprawy, podobnej do kolendry, która miała taki mydlany smak. Później unikaliśmy potraw duszonych zamawialiśmy ryby, a jak mięso to z grilla.
Do Marrakeszu wjeżdżaliśmy już po zmroku. Nawigacja poprowadziła nas uliczkami, na których w tych godzinach handlowano warzywami. Straganiarze musieli przesuwać swoje stoiska, żebyśmy mogli przejechać. Jeżeli ktoś się denerwował to my, bo przejazd 200 m trwał kwadrans. Hotel, znowu riad, mieliśmy w medynie, starej części miasta. W korespondencji z hotelem zamówiliśmy najbliższy parking. Po przyjeździe wydawało się, że na parkingu już żadne auto się nie zmieści. Parkingowy sprawdził w wykazie, mieliśmy zarezerwowane miejsce, pomocnicy poprzesuwali niektóre auta, tak, że mogliśmy zaparkować. Problem był z wysiadaniem. Następny problem to młodzi chłopcy, którzy koniecznie chcieli nam pomóc wskazać hotel. Mimo, że wiedzieliśmy gdzie iść wzięli nam walizki i szli z nami. Za podprowadzenie chcieli 10 Euro. Po targach zapłaciliśmy 40 dirchamów (ok. 4 Euro). W przyszłości byliśmy bardziej stanowczy.
Nasz riad znowu był stylowy i klimatyczny. Był dużo większy od tego w Agadirze, miał trzy wewnętrzne dziedzińce. Przy zameldowaniu zostaliśmy poczęstowani wspaniałą miętową herbatą, która najlepiej gasiła pragnienie.
Dzień był pełen wrażeń, nie mamy już sił iść na nocny spacer po mieście. Będziemy tu spali trzy noce.


W riadzie w Marakeszu






środa, 24 kwietnia 2013

Maroko Dzień 2. Tafraoute

Dziś planujemy jazdę z Agadiru do Tafraoute, a potem do Tiznitu, w miarę możliwości na plażę w Legzirze, aby obejrzeć łuki skalne i powrót do Agadiru. Przedstawia to załączona mapka.



Dopiero rano dostrzegamy piękno naszego riadu.

Jest to budynek zbudowany na wzór tradycyjnych domostw marokańskich. Z zewnątrz wchodzi się na dziedziniec, z którego są wejścia do mieszkań i pokoi. Staraliśmy się wszystkie nasze noclegi zamówić w tego typu niewielkich, tradycyjnych marokańskich hotelikach. Ten hotelik wybudowany jest też po 1960 r, ale z tradycyjnych marokańskich materiałów, są mozaiki z drobnych płytek, ułożone w tradycyjne wzory, meble robione przez rzemieślników, dużo drobnych marokańskich akcentów, na ścianach stare fotografie oraz współczesne obrazy.


Lila i Didier na dachu riadu w Agadirze
Śniadanie jemy na dachu. Podczas całej naszej podróży śniadania będą podobne. Są to naleśniki (czasami w różnych wersjach), do tego miejscowe dżemy, miody, czasami różne rodzaje serów, jajka na twardo. Zawsze herbata miętowa, kawa, sok pomarańczowy. Nam śniadania marokańskie smakowały mimo, że nigdy nie było wędlin.
Po śniadaniu przysiada się do nas Didier i udziela nam rad jak podróżować samochodem po Maroku. Dowiadujemy się, że w są tu częste kontrole policji i wojska. W czasie kontroli należy się zatrzymać, nie wychodzić z samochodu i czekać na kontrolę dokumentów. W praktyce codziennie mieliśmy dwie, trzy kontrole, ale policja nigdy nie sprawdzała nam dokumentów. Widząc europejczyków przyjaźnie się uśmiechali i ruchem ręki dawali znać, że możemy jechać. W Maroku bardzo się boją infiltracji terrorystów i mocno kontrolują miejscowych.
Z Agadiru wyjeżdżamy ładną, dwupasmową drogą, po chwili zjeżdżamy na zwykłą drogę R105. Za miejscowością Biourga wjeżdżamy w góry Antyatlasu. Są to jedne z najstarszych gór na świecie. Są to więc góry mocno zerodowane, o dość łagodnych zboczach, o wysokościach do 2700 m. Na razie góry porośnięte są trawą i drzewami arganiowymi. Z daleka wygląda to trochę jak jasnozielony dywan z ciemnozielonymi punktami. Jesteśmy tu w kwietniu, po zimowych i wiosennych deszczach. Za miesiąc słońce wypali trawę i będzie rudo z zielonymi punktami drzew. Czasami widzimy na drzewach pasące się kozy, wolą one obgryzać drzewa arganiowe, aniżeli skubać trawę. Drzewa te obgryzają też wielbłądy, które też się tu pasą.

Wielbłądy obgryzają drzewa arganiowe
Kozy na drzewach, a owce pod drzewami
Drzewa arganiowe rosną tylko w Maroku pomiędzy Es-Sawirą, a Agadirem oraz 50-100 km na południe od Agadiru. Wyglądem przypominają drzewa oliwne, owoce też są podobne do oliwek. Z nasion owoców wytwarzany jest olej arganowy. Olej arganowy jest jednym z najdroższych i najbardziej cenionych olejów na świecie, zwany jest "płynnym złotem Maroka". Do wyprodukowania 1 litra oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno potrzeba ok. 30–35 kg owoców i 8 godzin pracy. Olej ten poza właściwościami medycznymi ma również bardzo szerokie zastosowanie w kosmetologii. Prawie cały olej produkowany jest ręcznie przez spółdzielnie kobiece. Ciekawostką jest to, że do produkcji oleju wykorzystuje się pestki z owoców nie strawionych i wydalonych przez kozy. Olej arganowy obniża poziom cholesterolu, poprawia krążenie i wspomaga naturalną odporność organizmu. Ma bardzo łagodny i przyjemny orzechowy smak, kilka kropel dodanych do sałatki znacznie poprawia jej smak. Ze względu na to, że podaż oleju jest ograniczona próbowano posadzić drzewa arganiowe w innych rejonach świata, prawie nigdzie się to nie udało.
Droga jest coraz bardziej wąska, taka na półtora samochodu, tzn. jak jedzie coś z przeciwka to trzeba mocno zwolnić. Ruch na szczęście jest minimalny. Cały czas systematycznie się wznosimy, co chwila przystajemy i oglądamy krajobrazy.

Droga do Tafraoute
Na 30 km przed Tafraoute przekraczamy przełęcz, zjeżdżamy nieco w dół. Krajobraz się zmienia, jest mniej roślinności, więcej skał. Po chwili wjeżdżamy do miasteczka. Tafraoute to, jak na nasze warunki małe miasteczko ok. 5000 mieszkańców, ale tutaj w Antyatlasie to metropolia, największa miejscowość w promieniu wielu kilometrów. Nie docierają tu masowo turyści, miasteczko jest centrum turystyki trekingowej. Można tu wynająć przewodnika, środek transportu (osiołki), zorganizować sobie kilkudniowy treking.

W Tafraroute (dziewczyna zasłania twarz)
W miasteczku jest już inny klimat, trochę czuć Saharę, ludzie mają ciemniejszy odcień skóry, kobiety i mężczyźni są bardziej tradycyjnie ubrani. Spacerujemy po uliczkach, w pewnym momencie trafiamy na sklepik z olejem arganiowym i jego przetworami. Kupujemy olej i kilka mydełek oraz kremów. Na pewno tu u źródła z dala od turystów będzie taniej, sklepik prowadzony jest przez spółdzielnię kobiet, które wytwarzają olej sposobem tradycyjnym. Obsługuje nas murzynka, na pytanie czy możemy sobie z nią zrobić zdjęcie prosi o pozwolenie znajdującego się na zapleczu mężczyzny.

Kupujemy olej arganiowy i kosmetyk
Idziemy do chyba jedynej tu kawiarni, znajdującej się obok małej rzeczki, pijemy kawę i obserwujemy przechodzących ludzi, starając się chłonąć atmosferę tego miejsca.

Mieszkaniec Tafraroute
Niestety nie mamy dużo czasu i jedziemy dalej. 
Wyjeżdżamy z miasteczka przez olbrzymi ogród palmowy obok księżycowych formacji skalnych. Jedziemy teraz na zachód, w pewnym momencie przekraczamy równoleżnik 30 jesteśmy teraz najdalej na południe podczas całej naszej wycieczki. Po przekroczeniu przełęczy Kerdous zjeżdżamy mocno w dół w kierunku Atlantyku. Droga jest tu dobra, prawie taka jak na Kubalonkę, o dobrej nawierzchni, tylko może nie wszędzie ma barierki zabezpieczające. Właśnie w takim miejscu, na pustej drodze, na wprost nas zza zakrętu wyjechało z dużą prędkością auto. Ja na hamulec, a kierowca w ostatniej chwili odbił kierownicą i uniknęliśmy zderzenia. Nie widziałem jakim autem jechał, widziałem tylko strach w jego oczach. Była to jedyna niebezpieczna sytuacja drogowa podczas naszej całej podróży.


Po południu dojechaliśmy do Tiznitu. Miasteczko jest już większe, położone na równinie nadmorskiej, kilkanaście kilometrów od Atlantyku. Kiedyś było miastem garnizonowym, całe jest otoczone murem koloru ochry. Nie ma tu żadnych zabytków, najładniejsze są fortyfikacje. Zatrzymaliśmy się tu po to żeby coś zjeść. Z trudem znaleźliśmy „restaurację”, kilka stolików pokrytych starą, zniszczoną ceratą, kilka typów „spod ciemnej gwiazdy” sączyło herbatę. Chyba mieli niezłą rozrywkę patrząc się na nas. Było tu tylko jedno danie, ale za to typowo marokańskie - tajin. Ponieważ podali nam chłodny musieliśmy reklamować. Nie mają tu kuchenek mikrofalowych podgrzanie do odpowiedniej temperatury w piekarniku trochę trwało. Zjedliśmy, nie otruliśmy się, mimo że była to najgorsza restauracja, w której jedliśmy, ale też najtańsza.

Niestety planowanie wyjazdu do Legziry było niewykonalne. Jeżeli kiedyś jeszcze będziemy w Maroku na pewno tam pojedziemy. Ledwo zdążyliśmy do Agadiru przed zachodem słońca. Zachód oglądaliśmy na plaży. Jeszcze spacer po plaży i deptaku.





Zachód słońca w Agadirze

wtorek, 23 kwietnia 2013

Maroko Dzień 1. Podróż do Maroka

Rano nasz samochód wprowadzamy do garażu, a właściciel hoteliku zawozi nas na lotnisko w Schoenefeld. Oczekiwanie na odlot dłuży się. W końcu możemy wsiadać do samolotu. Lecimy tanimi liniami, nie podaje się tu posiłków. Monotonię lotu wynagradzają nam widoki. Nad Hiszpanią powierzchnię Ziemi widać jak z mapy. 


Cieśnina Gibraltarska


Samolot przelatuje nad Cieśniną Gibraltarską, widać tu jak niewiele dzieli Afrykę od Europy. Dalej przelatujemy nad zachodnim wybrzeżem Maroka, widzimy Tanger, Rabat, Casablankę; wszędzie tam będziemy później. Nad Casablanką, samolot skręca na wschód i przelatuje nad Atlasem Wysokim. Przed samym Agadirem widzimy zielone sady i całe połacie inspektów (potem się okazało, że nie są to inspekty, ale też sady przykryte jasnym materiałem dla ochrony przed słońcem i ptakami). 


Marokańskie sady i uprawy warzyw z samolotu
Wreszcie po prawie czterech godzinach lotu lądujemy w Agadirze. Jest ciepło, ale nie upalnie, powietrze pachnie inaczej, Afryką. Trochę czekamy na odprawę, wreszcie urzędnik wbija nam pieczątkę do paszportu, jesteśmy w Maroku.
Teraz szybko po bagaże i po odbiór wcześniej zamówionego samochodu. Samochód odbieramy błyskawicznie, ledwo udaje się nam dostrzec i zapisać wszystkie rysy na karoserii, sprawdzić stan ogumienia. Na szczęście zauważamy, że nie mamy pełnego baku, tylko 3/4. Nasz samochód to Peugeot 206 z benzynowym silnikiem. Przez następne trzy tygodnie będzie nam bezawaryjnie służył.
Po wylądowaniu na lotnisku w Agadir
Włączamy naszą nawigację i wyjeżdżamy na drogę w kierunku miasta. Jedziemy ładną drogą dwupasmową gdzieniegdzie palmy,czasami jakiś teren otoczony jest wysokim murem koloru ochry, będzie to dość typowy dla Maroka widok. Jedziemy do naszego riadu, małego hoteliku. Wcześniej przejeżdżamy obok centrum handlowego, musimy kupić zgrzewkę wody i Coca-Coli (nie przepadamy, ale podobno jest dobra do odkażania organizmu po jedzeniu). W środku zaskoczenie, jest tak jak u nas w tego typu sklepach. Efekt globalizacji. Na półkach w większości te same produkty, czysto, sterylnie; tylko ludzie trochę inaczej ubrani, kobiety przeważnie w chustach.
W hoteliku (Le Riad Les Chtis d'Agadir) szybko się rozpakowujemy. Didier i Caroline, francuscy właściciele hoteliku wypytują nas o plany na wieczór. Mówimy im, że najpierw chcemy jechać do Kazby na wzgórze, żeby obejrzeć zachód słońca, a potem na kolację na targ rybny. Polecają nam tam swojego znajomego na stoisku 27.

Wzgórze kasby
Kazba to jedyny zabytek w Agadirze, najmniej ucierpiała podczas trzęsienia ziemi w 1960 roku, teraz to dobrze zachowane ruiny dawnej twierdzy. Zniszczone zostało wtedy całe miasto oraz okoliczne miejscowości, zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Agadir został odbudowany od podstaw, pomagali włoscy architekci. Pas przy plażach to duże hotele, restauracje i szeroki deptak. Na południu od hoteli, w pasie nadmorskim znajduje się rezydencja królewska.
Wzgórze z kazbą, znajduje się na północ od centrum miasta, widać je z każdego hotelu, z każdego miejsca na plaży, na jej zboczu jest olbrzymi napis w języku arabskim, po zachodzie słońca podświetlany. Serpentynami wjeżdżamy na górę. Widok jest wspaniały, widać całą zatokę, port, plaże, wszystkie hotele. Ulice świecą światłami samochodów. Szkoda, że tutaj tak szybko zachodzi słońce.

Mury Kasby
Agadir z kasby tuż po zachodzie słońca 
Nagle uświadamiamy sobie, że dziś nie wiele jedliśmy, tylko kanapki zabrane z Polski. Zjeżdżamy więc na dół do portu. Z trudem znajdujemy targ rybny, wieczorem targ nie funkcjonuje. Są za to „restauracje” rybne, a właściwie stragany gdzie właściciele szybko sami przygotowują ryby. Zamawiamy najtańsze danie: mieszane grillowane ryby. Porcje są ogromne, najwięcej dostajemy krewetek, sardynek, są też inne ryby, których nazw nie znamy. Wszystko jest pyszne. Odmawiamy tylko sałatek w obawie przed zatruciem.

Czekamy na obiad
Nagle przychodzi zmęczenie podróżą, emocjami, zmianą miejsca, nie mamy już ochoty na spacer po Agadirze, jedziemy więc spać do naszego riadu. Przed spaniem jeszcze obowiązkowy kieliszek bielskiej śliwowicy.



Nasza dzisiejsza trasa po Agadirze
W naszym riadzie



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Jedziemy do Maroka

Po długich dyskusjach, gdzie wyjechać na urlop w 2013 r. nasz wybór padł na Maroko. Dlaczego właśnie Maroko? Inspiracją do podróży był przewodnik z serii "Podróże marzeń". Przeczytaliśmy przewodnik, zaczęliśmy czytać coraz więcej o Maroku, głównie w internecie. Wszystkie relacje z podróży były bardzo pozytywne.
Postanowiliśmy, że do Maroka pojedziemy na trzy tygodnie, to był najdłuższy termin, na jaki Lila mogła sobie pozwolić, jeśli chodzi o pracę. 
Wybraliśmy termin na przełomie kwietnia i maja. Już powinno być ciepło, ale nie powinno być upałów. Powinny już skończyć się zimowe deszcze i wiatry.

Przygotowania rozpoczęliśmy od szukania najtańszych, połączeń lotniczych do Maroka. Nie było to łatwe. Z Polski nie latają bezpośrednio żadne samoloty. W końcu nasz wybór padł na linię EsyJet, która z Berlina oferowała tanie loty do kilku miast w Maroku. Jeden raz w tygodniu do Agadiru, Fezu, Marrakeszu i Oujda (Wadża). Z tego zestawu odpadła od razu Oujda, ponieważ leży przy granicy algierskiej, daleko od głównych atrakcji turystycznych. Z pozostałych miast wybraliśmy Agadir, dlatego, że w interesującym nasz terminie mogliśmy kupić najtańsze bilety. Za bilet w obie strony dla dwóch osób z dwoma walizkami zapłaciliśmy ok. 1250 zł ( ok. 320 Euro ).

Następna część naszych przygotowań zawsze należy do najprzyjemniejszych, to ustalenie trasy naszej podróży. Czytamy przewodniki, przeglądamy internet, spieramy się, co chcemy zobaczyć, określamy etapy naszej podróży.Po kilku tygodniach zdecydowaliśmy, że pojedziemy z Agadiru do Tafraroute i z powrotem do Agadiru, potem przez góry do Marrakeszu, potem do Ouzoud, następnie znowu przez Atlas Wysoki do Ait Ben Haddou, przez wąwozy Dades i Todra do Fezu, potem przez Meknes, Mulaj Idris, Volubilis do Chefchaouene, Następnie przez Tetuan do Tangeru. Na koniec przez Rabat, Casablankę El-Jadidę i As Sawirę z powrotem do Agadiru.


Potem zaczęliśmy rezerwować hotele w poszczególnych miejscowościach. W "bookingu" przejrzeliśmy setki ofert. Wybraliśmy te hotele, które za niewielką cenę oferowały dobre warunki. Bardzo istotne były dla nas opinie podróżników. Pokój miał być z toaletą, a hotel gwarantował w cenie śniadanie. Ważnym też było, aby na miejscu był parking oraz tam gdzie autem nie dało się dojechać, aby hotel zarezerwował dla nas parking. Istotne, też było, aby można było płacić kartą. Za wszystkie hotele płaciliśmy dopiero na miejscu, podczas podróży. Szukaliśmy małych hotelików, w miarę możliwości riadów, w starych i klimatycznych marokańskich domach.



W międzyczasie załatwialiśmy wypożyczenie samochodu. W naszych dotychczasowych, niezbyt dalekich podróżach, sporadycznie wypożyczaliśmy samochód, korzystaliśmy z miejscowych wypożyczalni, na kilka dni. Trochę naczytaliśmy się w internecie o lokalnych wypożyczalniach i niezbyt sprawnych samochodach. Samochód na taką podróż powinien być sprawny, a w razie awarii mieć możliwość natychmiastowej podmiany na terenie całego kraju. Takie gwarancje dawała tylko duża sieć. Na początku byliśmy skłonni skorzystać z sieci Europcar, powiązanej z naszą linią lotniczą EasyJet, ale polskie oddziały tej sieci nie wiele nam mogły wyjaśnić o szczegółach i warunkach wypożyczenia samochodu w Maroku. Na stronie "bookingu" zwróciliśmy uwagę na link do firmy rentalcars.com. Jest to firma światowa pośrednicząca w wynajmie samochodów. Otrzymaliśmy zadowalającą ofertę cenową z pełnym AC za cenę z Europcar bez AC. Obsługa w języku polskim była kompetentna. Ponieważ takie zamówienie realizowaliśmy pierwszy raz, trochę niepewności i strachu było, tym bardziej, że całą kwotę trochę ponad 2900 zł ( około 750 euro ) wpłacaliśmy w styczniu, a wyjazd był dopiero w kwietniu. 



Stwierdziliśmy, że nie znając ani francuskiego, ani arabskiego, posługując się zwykłymi mapami będziemy mieli trudności z dotarciem do wszystkich, zaplanowanych miejsc. Postanowiliśmy kupić mapę GPS Maroka, którą zainstalowaliśmy do naszej nawigacji samochodowej. Teraz na nawigację nanieśliśmy wszystkie hotele, oraz miejsca, do których mieliśmy dojechać. Jeżeli mieliśmy wątpliwości to prosiliśmy hotele o wyjaśnienie. Hotele przysyłały nam planiki i trasy dojścia z parkingów.



Trochę obawialiśmy się spraw zdrowotnych, a głównie zachorowań na choroby bakteryjne przewodu pokarmowego. Baliśmy się, że w razie choroby nie dogadamy się z lekarzami. Na stronach MSZ znaleźliśmy adresy lekarzy marokańskich mówiących po polsku. Napisaliśmy do nich, od dwóch dostaliśmy odpowiedź, że chętnie nam pomogą, ale ich zdaniem nic złego nie powinno się nam przydarzyć. Ubezpieczyliśmy się od kosztów leczenia, a na wyjazd zaopatrzyliśmy się w 70% bielską śliwowicę.



Ostatnią sprawą organizacyjną to załatwienie parkingu w Berlinie i noclegu po przylocie (samolot przylatywał do Berlina po 22-iej), nie chcieliśmy prowadzić do Bielska w nocy. Szukając jednego i drugiego jeden z hotelików położonych niedaleko lotniska zaoferował nam dwa noclegi,  jeden przed wylotem, drugi po przylocie i parking gratis. Praktycznie jeden nocleg był niewiele droższy od parkingu przy lotnisku na trzy tygodnie.


Wyjazd
Ponieważ mamy załatwiony nocleg w Berlinie nie spieszymy się rano z wyjazdem. Wyjeżdżamy ok. 7.00. Po sześciu i pół godzinach spokojnej jazdy z przerwą na kawę dojechaliśmy do naszego hoteliku na przedmieściach Berlina w okolicach lotniska. Hotel jest pusty, nikogo nie ma. Otwieramy sobie bramkę i wjeżdżamy samochodem na podwórko. Zabieramy do plecaczka niezbędne rzeczy i S-bahną jedziemy do centrum. Wysiadamy na Friedrichsstrasse. Postanawiamy przespacerować się po mieście, tak trochę bez celu. W Berlinie byliśmy bardzo dawno temu . Spacerem idziemy pod Bramę Brandenburską, teraz można spokojnie pod nią przejść. Kiedyś Brama była symbolem podzielonego miasta, ile razy tu stałem - 150 m od bramy i patrzyłem na zasieki z drutu kolczastego i tych okropnych żołnierzy z psami. Tuż obok Bramy była kiedyś ambasada Polski w NRD, jako kierownik budowy bywałem tu kiedyś bardzo często. Teraz przechodzimy swobodnie pod bramą, zaraz po prawej stronie od Bramy znajduje się budynek Bundestagu. Po zjednoczeniu Niemiec został przebudowany, dziś wygląda okazale, niestety teraz nie możemy go zwiedzać. Idziemy w kierunku Potsdamer Platz, przechodzimy obok Pomnika Holocaustu. Ten kontrowersyjny pomnik to ponad 2700 betonowych graniastosłupów, różnej wysokości, przypominających nagrobki, wybudowany na placu o powierzchni dwóch hektarów. 
Zabudowa Potsdamer Platz, a szczególnie centrum Sony, kiedyś szokowała nowoczesnością, czy Wam się podoba? Nam tak sobie. Potem wracamy pod Bramę Brandenburską i idziemy słynną Unten den Linden (ulica pod lipami) aż do Alexander Plaz - kiedyś centrum wschodniego Berlina.
Tu wsiadamy do S-bahny i jedziemy z powrotem do naszego hotelu.

Brama Brandenburska od strony zachodniej
Budynek Bundestagu
Kopuła Bundestagu (turyści stąd mogą obserwować obrady parlamentu)


Pomnik Holocaustu


Centrum Sony



i jego kopuła

Berlińska katedra z tyłu wieża telewizyjna

Berlin, jak i inne duże niemieckie miasta nie bardzo się nam podobają. Zabudowa jest mało spójna, poszczególne budynki, nawet całe ulice są ładne, ale całość wygląda mało uporządkowana. Dziś jeszcze drzewa były bez liści, Berlin w zieleni wygląda lepiej.

Uzgadniamy z właścicielem, że w cenie dwóch noclegów przechowa nasz samochód w swoim garażu i przetransportuje nas na lotnisko.