środa, 25 maja 2016

6. Rilski Monastyr - narodowy zabytek historyczny Bułgarii

Z Belogradczika wyjeżdżamy wcześnie, dziś do przejechania mamy ponad 300 km. Na początku przez kilkanaście kilometrów towarzyszą nam te same co wczoraj malownicze skałki. Ranek jest rześki i pogodny.
Bułgarskie drogi mają różną nawierzchnię, niektóre niedawno wybudowane są gładkie i równe, ale większość to drogi kiepskie i pełne dziur. Czasami droga dobra nagle staje się drogą kiepską.



Znowu przez nieuwagę daliśmy się nawigacji poprowadzić niezbyt dobrą drogą 102 zamiast równą jak stół drogą nr 1. Na początku ładna z dobrą nawierzchnią, potem, jak wjechaliśmy w góry, coraz węższą z wieloma dziurami.


Czasami musieliśmy się zatrzymać przed takimi użytkownikami drogi
Za Montaną jedziemy już wygodną jedynką. W pewnym momencie niespodzianka, droga jest w totalnym remoncie na odcinku kilku kilometrów. Musimy jechać prowizoryczną szutrówką wzdłuż drogi głównej. Kilka kilometrów za Wracą skręcamy w drogę 16, która prowadzi w dolinę rzeki Iskar ( Iskyr ). Jest to najdłuższa, poza Dunajem, rzeka w Bułgarii. Rzeka malowniczym przełomem przełamuje się przez góry Stara Płanina. Po prawie trzech godzinach jazdy dojeżdżamy do Czerepiskiego Monastyru ( Черепишки манастир ) . Monastyr znajduje się na końcu przełomu ( dla nas na początku, bo jedziemy w górę rzeki ) w malowniczym miejscu, tuż nad rzeką, otoczony jest skałkami. Miejsce jest malownicze, emanuje ciszą i spokojem.
Monastyr założono tu w XIV w, w czasie drugiego państwa bułgarskiego. Wcześniej w licznych tutaj jaskiniach i pieczarach mnisi zakładali swoje pustelnie. Później został zniszczony przez Turków, a potem był odbudowany i niszczał w wielu pożarach. Obecne zabudowania pochodzą z XIX w.

Zaraz po wejściu do monastyru strome schodki prowadzą nas do niewielkiej kapliczki. Za szybą znajdują się tu pomieszane kości zmarłych mnichów. Z kapliczki mamy ładny widok na inne budynki klasztorne. Nie ma tu ludzi, turystów. Widzieliśmy tylko jedną mniszkę, która pilnowała głównej świątyni, jak tylko weszliśmy do środka. to dyskretnie usunęła się na bok. Sama cerkiewka stara, podniszczona w środku, z zewnątrz ładnie odnowiona, nic wielkiego, ale miejsce godne jest odwiedzenia ze względu na ciszę i spokój oraz malownicze położenie.

Kapliczka z kośćmi mnichów
Widok na monastyr
Główna cerkiew z zewnątrz
i w środku
Po wyjeździe z monastyru jedziemy przez prawie 80 km pięknym wąwozem rzeki Iskar ( Iskyr ). Więcej o wąwozie tutaj: https://bg.wikipedia.org/wiki/%D0%98%D1%81%D0%BA%D1%8A%D1%80%D1%81%D0%BA%D0%B8_%D0%BF%D1%80%D0%BE%D0%BB%D0%BE%D0%BC
Im dalej jedziemy tym widoki są ładniejsze, a skałki wyższe. Jadąc wąwozem ciągle na rzece widzimy niewielkie zapory i małe hydroelektrownie. Niestety ładna rano pogoda zaczyna się nam psuć. Mocno się chmurzy. 
Wąwóz rzeki Iskar
Jeszcze raz skałki w wąwozie
Za miejscowością Nowy Iskar wyjeżdżamy z wąwozu i wjeżdżamy na rozległy płaskowyż, na którym znajduje się stolica Bułgarii - Sofia. Nie będziemy teraz zwiedzać stolicy, byliśmy tu w 2010 roku. Sofię okrążamy obwodnicą, budują tu autostradę, jedziemy więc po placu budowy, korki, zwężenia, objazdy. Wreszcie po kilkunastu kilometrach wyjeżdżamy na nowo wybudowaną autostradę. Nie mamy jej jeszcze w naszej nawigacji.

Nowo wybudowana autostrada z Sofii do Grecji
Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy na drogę do Rylskiego Monastyru.
Po zjechaniu na drogę 107 trafiamy na potężną ulewę. Nawalny deszcz szybko mija, ale mamy mżawkę, jest coraz chłodniej. Mijamy nasz hotelik i jedziemy prosto do Monastyru, jest już 16.00 i boimy się, że nie zdążymy przed zamknięciem. Stawiamy samochód na parkingu, ubieramy się w kurtki i czapki, jest zimno (8°C) i jest mżawka.
W Monastyrze Rylskim jesteśmy drugi raz, pierwszy raz byliśmy sześć lat temu. Wtedy urzekł nas bardzo, położeniem, pięknymi kolorami i tą taką bizantyjską ( prawosławną ) tajemniczością. Szkoda, że pogoda jest niesprzyjająca. Pada mżawka i gór nie widać dobrze, bo są ukryte w chmurach. Potęguje to tę tajemniczość. Jakże inaczej Monastyr wyglądał oświetlony promieniami słońca na tle majestatycznych gór Riła.
Monastyr został założony w IX w. przez Iwana Rylskiego. Legenda mówi, że było czterech braci: Jovan (Iwan), Gavrił, Jakim i Prohor, którzy postanowili służyć Bogu, a prowadząc pustelnicze i ubogie życie buntowali się przeciw bogaceniu się kleru. Każdy z nich wytrwał w swoim postanowieniu. W miejscu ich pustelni później powstały klasztory, które stoją do dziś. W Bułgarii to Rylski Monastyr, w Macedonii Monastyr Joakim Osogovski oraz Monastyr Gawrił Lesnovski oraz w Serbii Monastyr Prohora Pčinskiego. W tych macedońskich monastyrach wkrótce będziemy.
Rylski Monastyr zmieniał się w kolejnych wiekach, a z tego pierwszego nic nie pozostało. Najbardziej tragicznym był pożar z roku 1833, który zniszczył większą część zabudowań. Po tym pożarze cała Bułgaria spontanicznie składała się na jego odbudowę. Dla Bułgarów, będących pod panowaniem tureckim, była to sprawa narodowa.
Dziś Monastyr to nierównomierny czworobok zabudowań klasztornych, surowo wyglądający z zewnątrz, otwarty do środka, przyozdobiony ładnymi piętrowymi arkadami. W środku stoi katolikon czyli główna cerkiew. Na dziedziniec klasztorny prowadzą dwie bramy.
Chodzimy po znanych sobie miejscach, siadamy na ławkach pod krużgankami, robimy trochę zdjęć. Na szczęście nie ma zbyt wielu zwiedzających, jest więc cicho, można w skupieniu obserwować monastyr. Znowu urzeka nas bogato malowana cerkiew. Pomalowane są wszystkie ściany krużgankowego przedsionka i cała cerkiew w środku. Podobno można tu rozróżnić 1200 scen biblijnych. Trochę żałujemy, że nie wolno robić zdjęć w środku cerkwi.
Nie będziemy tu pisać o samym Rylskim Monastyrze, więcej możecie przeczytać tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Rila_Monastery

Brama wejściowa do Monastyru



Dziedziniec Rylskiego Monastyru
Malowany przedsionek cerkwi
Po półtorej godzinie już trochę zmarzliśmy, jedziemy więc do naszego hoteliku. Na szczęście kaloryfery grzeją, więc nie marzniemy. Późnym wieczorem na korytarzu słyszymy język polski. Jak się rano okazało są to trzy pary z Polski, z Jeleniej Góry, którzy przylecieli na kilka dni. Wraz z mieszanym małżeństwem polsko-bułgarskim, mieszkającym w Sofii, wynajęli busa, którym zwiedzają atrakcje południowej Bułgarii.
Zdecydowaliśmy się, aby poniżej zamieścić kilka zdjęć Rylskiego Monastyru zrobionych w 2010r:

Rylski Monastyr w wrześniowym słońcu w 2010 r.
2010 - Fresk pod krużgankiem
2010 - Jedyne nasze zdjęcie z wewnątrz głównej cerkwi
2010 - Najstarsza część Rylskiego Monastyru - Wieża Chreliu z XIII w. ( niestety nie można jej zwiedzać )


5. Belogradczik i cuda natury

Dziś nie mamy w planie żadnego podróżowania. Dwie noce śpimy w Belogradcziku. 
Dwadzieścia kilka kilometrów od Belogradczika znajduje się Jaskinia Magura i pierwszą część dnia poświęcamy na jej zwiedzenie.



Przedpołudnie jest ciepłe, ale jest bardzo duszno. Na parkingu przed jaskinią stoi niewiele samochodów. Jaskinia powstała w skałach wapiennych. Niektóre jej sale są naprawdę ogromne. Jest ładnie wyeksponowana. Ścieżki są oświetlone, a ciekawsze miejsca ładnie podświetlane. W czasach prehistorycznych jaskinia była schronieniem dla ludzi, świadczą o tym rysunki naskalne. W jaskini jest chłodno, panuje tu stała temperatura +12°C, ubraliśmy się więc ciepło. Generalnie nie jesteśmy fanami zwiedzania jaskiń, ale ta nam się podobała ( z jaskiń zwiedzonych przez nas najbardziej nam się podobała Jaskinia Škocjanska w Słowenii ).

Olbrzymi stalagmit w Jaskini Magura, mający kilka metrów wysokości
Różnego rodzaju szata naciekowa w Jaskini
Trasa spacerowa w jaskini
Po wyjściu z jaskini, na parking trzeba było iść ok. 1,5 km ( kursuje też transport dowożący turystów ). Więcej o jaskini tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Magura_Cave .
Belogradczik leży na skraju obszaru, na którym występują fantastyczne formacje skalne uformowane w skałach osadowych przez wodę i wiatr. Skały mają przeróżne odcienie czerwono - pomarańczowe. Nad Belogradczikiem na wzgórzu wśród skał znajdują się ruiny zamku. Zamek kiedyś był wkomponowany w skały i stanowił fortecę nie do zdobycia. 
Podczas powrotu z jaskini niestety pogoda się popsuła, zaczęło padać, a jak dojechaliśmy pod zamek to ulewa była duża. Na szczęście deszcz trwał krótko. Zamek był rozbudowywany przez kolejnych władców, to co zwiedzamy to pozostałości od czasów rzymskich do XIX w. Zamek jest fantastycznie położony na najwyższym wzgórzu w okolicy. Roztaczają się stąd widoki na formacje skalne oraz na miasteczko Belogradczik. Po wejściu na najwyższy punkt fortecy zamiast oglądać fantastyczne widoki musimy niestety szybko wracać, zaczęło mocno wiać, słychać grzmoty, zaczyna padać.

Forteca nad Belogradczikiem
Forteca nad Belogradczikiem
Widok na dolną część fortecy i Belogradczik
Jeszcze raz forteca
Wracamy więc do miasteczka. Niestety nam się nie podoba, jest byle jakie, mocno zaniedbane, można nawet powiedzieć zdewastowane. Ludzie żyją tu bardzo biednie. Miasteczko nie jest przygotowane do ruchu turystycznego. Z trudem znajdujemy bar, w którym możemy coś zjeść.
Pogoda znowu się zmienia, rozpogadza się, idziemy na krótki spacer. Na przeciw hotelu "Skalite" rozpoczyna się szlak między skałkami. Po chwili dochodzimy do amfiteatru, kiedyś był to ładny obiekt, położony w prześlicznym miejscu w kotlinie między skałami. Jak wynika z napisu został zbudowany w latach 60-tych XX w. Dziś to prawie ruina. Było tu kiedyś letnie kino, jest jeszcze scena, teraz okupowana przez miejscowych pijaczków. Dlaczego takie turystyczne miasteczko nie może utrzymać takiego obiektu? Co tu nie zagrało?
Skałki za to są fantastyczne, widoki wspaniałe, prawie jak w Nevadzie.
Na skałkach
Zrujnowany amfiteatr

Malownicze skałki



Niechętnie wychodzimy z terenu skałek. Spotykamy tu starszą parę, która tak jak my siedzi i podziwia.
Na tym kończymy nasz dzień.





poniedziałek, 23 maja 2016

4. Przełom Dunaju czyli Żelazne Wrota

Z Belgradu wyjeżdżamy rano, pierwszy nasz postój, po godzinie jazdy to ruiny zamku w Smederewie. 



Smederewo leży przy ujściu rzeki Jezava do Dunaju. Smederewo przez jakiś czas było nawet stolicą Serbii. Obronny duży zamek został zbudowany trochę w pośpiechu w XV w, do obrony miasta i Serbii przed Turkami. Niestety w 1453 r. zamek został zdobyty i Serbia przez prawie 400 lat była w niewoli tureckiej. Z obronnego zamku dziś pozostały tylko mury obronne, w jednym narożniku znajdują się ruiny pałacu. Mury są dobrze zachowane i wyglądają imponująco. Podobno w zamku tym zatrzymał się nasz król Władysław Warneńczyk, przed bitwą pod Warną.
Środek to lekko zaniedbany park miejski. Więcej o zamku tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Smederevo_Fortress

Zbliżamy się do zamku w Smederewie

W zamku w Smederewie
Ze Smederewa jedziemy do zamku w Golubacu. Zamek w Golubacu leży też nad samym Dunajem, w miejscu, gdzie rozpoczyna się przełom Dunaju. Teraz trwają tutaj szeroko zakrojone prace rekonstrukcyjne. Dolna część zamku została zniszczona przez poprowadzoną przez środek dolnego dziedzińca drogę. Teraz buduje się obok tunel, którym będzie przebiegać nowa droga. Baszty przykrywa się drewnianymi daszkami, za jakiś czas zamek z zewnątrz będzie wyglądał jak kiedyś. Teraz to jednak wielki plac budowy. Zamek związany też jest z Polską, to tutaj w czasie jednej z potyczek z Turkami zginął w roku 1428 nasz rycerz Zawisza Czarny. Podobno przy jednej z bram jest tablica, upamiętniająca to wydarzenie.

Zbliżamy się do zamku w Golubacu
Prace rekonstrukcyjne w Golubacu
Wjeżdżamy teraz w przełom Dunaju, który tu przepływa pomiędzy południowymi Karpatami, a Górami Bałkańskimi. Droga prowadzi nas prawie samym brzegiem wielkiej rzeki, czasami tylko, gdy jest zbyt wąsko wspina się wyżej. Przełom Dunaju w wielu językach nazywa się „Żelazne Wrota” lub „Żelazna Brama”, dlaczego tak? Tego nigdzie nie znaleźliśmy. Przełom jest imponujący, w niektórych miejscach po obu stronach rzeki skały są prawie pionowe. Teraz przełom stanowi granicę serbsko – rumuńską. Rzeka została w dwóch miejscach przegrodzona dwoma zaporami. Pracują tu hydroelektrownie, dostarczające prąd do obu krajów. Kiedyś, za czasów Cesarstwa Rzymskiego prowadziła tedy strategiczna droga z Dobrudży na zachód Europy. Tam, gdzie skały były pionowe trakt był przyczepiony do skał, wyglądał jak pomost. Do wybudowania tamy można było oglądać pozostałości po rzymskiej drodze, niestety spiętrzone wody Dunaju zatopiły te pamiątki, tak jak również pozostałości rzymskiego mostu. W pewnym miejscu z serbskiego brzegu jest widoczna skała, na której Rumuni kilkanaście lat temu wyrzeźbili podobiznę króla Decebala, przywódcę Traków, który walczył z Rzymianami. Jest to największa skalna rzeźba w Europie. Niestety ta widowiskowa trasa nie została przez Serbów dobrze przygotowana do ruchu turystycznego. Brakuje parkingów, w widokowych miejscach, często przydrożne krzaki zasłaniają widok. Na całym prawie 140 kilometrowym odcinku nie ma ani jednej kawiarenki czy restauracyjki. Stanowczo ta trasa jest zbyt słabo reklamowana, widoki są piękne. Szkoda tylko, że nie ma dobrej widoczności i niebo jest przymglone. Więcej o przełomie można przeczytać tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Iron_Gates 

Przełom Dunaju w pobliżu Golubaca
Po rumuńskiej stronie widać wykutego w skale Decebala
Jeszcze raz Decebal, trochę "przybliżony"
Jeszcze raz widok na przełom
Z przełomu jest już niedaleko do granicy serbsko – bułgarskiej. Jedziemy przez przejście Negotin – Bregowo. Stan dróg dojazdowych po obu stronach granicy nie najlepszy. Przejście, po stronie serbskiej wygląda tak jakby przeszło wojnę i przez czterdzieści lat było nie remontowane, a przecież przejście graniczne powinno być wizytówką kraju. Po stronie bułgarskiej wygląd przejścia jest nie wiele lepszy. Po bułgarskiej stronie kupujemy winietkę za 8 euro, za korzystanie z dróg i autostrad, ważną tydzień. Do Widynia, dużego miasta nad Dunajem mamy nieco ponad 20 kilometrów. W Widyniu zatrzymujemy się pod twierdzą, która jest oddalona od centrum nieco ponad kilometr. Widok nie jest najlepszy, wszystko jest zdewastowane, trakt spacerowy zarośnięty, restauracyjki zamknięte i zdewastowane, urządzenia parkowe również (pomiędzy twierdzą, a centrum jest park), tak jakby przez kilkanaście lat nie było tu gospodarza. Twierdza też zamknięta. Idziemy nad brzeg Dunaju, teraz widzimy jaka to potężna rzeka. Z daleka widać most łączący Bułgarię z Rumunią. Kiedyś pomiędzy rumuńskim Calfat, a Widynem kursował prom, którym często Polacy podróżowali do Bułgarii.
Podjeżdżamy do centrum, musimy wymienić euro na lewy. Okazuje się, że Bułgarzy mają długi weekend. Jutro jest święto Cyryla i Metodego i wszystko jest zamknięte. Przy pomocy ludzi znaleźliśmy jeden kantor, ale też był zamknięty. Ścisłe centrum Widynia nawet może się podobać, ale to tylko jeden deptak i kilka przyległych uliczek. Ponieważ nie mamy pieniędzy nawet na kawę, jedziemy dalej do Belogradczika, tam w małym pensjonacie mamy zamówione dwa noclegi. Miła właścicielka ratuje nas i wymienia nam euro na lewy.

Most Widyń - Calfat 
Twierdza Baba Wida 
Pomnik bułgarskiego cara Symeona w Widynie

niedziela, 22 maja 2016

3. Dziś Belgrad stolicą Serbii

Naszą trasę zaplanowaliśmy przez Belgrad. W Belgradzie byliśmy co prawda w 2007 r. jadąc do Czarnogóry, ale trafiliśmy wtedy na duże upały, było +44°C. Dłuższe chodzenie po mieście było wtedy trudne. W latach 80-tych byłem kilkakrotnie służbowo w Belgradzie. 



Z Timisoary wyjeżdżamy kilka minut po 13.00. Do Belgradu mamy tylko 160 km. Droga równa, dobra, mało ruchu. Formalności graniczne zabierają nam tylko kilkanaście minut. Po serbskiej stronie ruch jeszcze mniejszy, jest sobota. Do Belgradu przyjeżdżamy o 17.00. Spotykamy się tu z naszym hostem – Bojaną. Bojana wyposaża nas w plany miasta oraz udziela cennych wskazówek i informacji. Wynajmujemy od niej mieszkanko typu studio, położone w trochę zaniedbanej okolicy, ale za to blisko do Kalemegdanu. Zaraz wychodzimy na popołudniowo – wieczorny spacer.
Idziemy na Kalemegdan. Zaraz przy wejściu niespodzianka, spotykamy tu ulicę Tadeusza Kościuszki, czym zasłużył się on dla Serbii czy Belgradu? Nie wiemy. 


Ulica Tadeusza Kościuszki

Kalemegdan to ruiny kilku twierdz, położonych na wzgórzu w miejscu, w którym rzeka Sawa wpływa do Dunaju. W tym strategicznym miejscu twierdze wybudowali już Celtowie, dalej Rzymianie, Serbowie, Turcy i inni. Każdy coś zmieniał, dodawał nowe mury, baszty. Trudno się w tym wszystkim zorientować, ale dla nas nie jest to ważne. Dziś Kalemegdan to park, miejsce wypoczynku Belgradczyków. Alejki parkowe wkomponowano pomiędzy murami obronnymi, basztami, odnowiono kilka zabytkowych cerkiewek. Zwiedzamy dwie z nich cerkwię Ruzica, prawie cała obrośnięta dzikim winem, przytulona do jednych z wielu murów obronnych i zaraz obok mniejszą pod wezwaniem świętej Petki.
Cerkiew św. Petki na Kalemegdanie
Mury Kalemegdanu
Tureckie pozostałości - jeden z grobowców

Powoli wchodzimy na najwyższy punkt twierdzy i parku, roztacza się stąd wspaniały widok, na rzekę Sawę i jej ujście do Dunaju oraz na zachodnie dzielnice Belgradu. Po parku spaceruje bardzo dużo osób, w większości młodzieży, ale jest też dużo ludzi starszych. Siadamy na ławce i przypatrujemy się ludziom. Tu na szczycie Kalemegdanu zastaje nas zachód słońca. Schodzimy główną alejką trochę niżej. Tłum gęstnieje, gdzieniegdzie na ławkach siedzą młodzi, grają na gitarach, śpiewają. Obok, ktoś przyniósł sprzęt grający i kilkanaście par tańczy tango, walca oraz tańce ludowe. Widać, że jest to spontaniczne i stwarza wspaniałą atmosferę. Lubimy Belgradczyków za to. 
Młodzież na murach
i na ławkach
Zachód słońca na Kalemegdanie


Przedłużeniem głównej alejki parkowej jest główny deptak Belgradu – ulica Kenza Mihaila. Mimo, że jest już 21.30 uśmiechnięte tłumy się przewalają ulicą, wszystkie sklepy są otwarte ( ale informacja turystyczna nie ), w kafejkach i restauracjach wszystkie stoliki są zajęte. Belgrad żyje nocą, Belgrad się bawi. W jednym miejscu Coca Cola rozdaje ćwierćlitrowe buteleczki swojego napoju, zaraz dalej z jednego z balkonów miejscowy pieśniarz operowy dla przechodniów śpiewa arię operową oraz „Kalinkę”. Atmosfera jest niepowtarzalna, lubimy takie klimaty. Przed muzeami ustawiają się długie kolejki, jest to przecież noc muzeów.

Przedłużeniem ulicy Kneza Mihaila jest Terazije, to tu jest centrum Belgradu, tu znajduje się w tzw. Nowym Pałacu siedziba prezydenta Serbii. Wszystkie zabytki, reprezentacyjne gmachy są pięknie podświetlone. Belgrad nocą wygląda bardzo ładnie. Na koniec idziemy na ulicę Skadarlija ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Skadarlija ) . Jest to też deptak z mnóstwem małych restauracyjek, serwujących głównie serbską kuchnię, sklepami z pamiątkami, galeriami sztuki, antykwariatami,... . O 22.30 wszystkie stoliki są zajęte, w prawie każdej knajpce grają muzykanci, atmosfera wspaniała. Późną nocą wracamy do naszego mieszkanka. 

Nowy pałac - siedziba prezydenta Serbii
Stary Pałac
Budynek Parlamentu
Rano wstajemy późno i po śniadaniu idziemy do centrum, do kościoła katolickiego na mszę. Kościółek jest mały, położony w dzielnicy ambasad, trafiamy na mszę dla dyplomatów w języku angielskim. Po mszy idziemy w kierunku prawosławnego kościoła pod wezwaniem świętego Sawy. Znajduje się ona na wzgórzu, niedaleko centrum, jest to jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie. Z zewnątrz jest od ok. 10 lat wykończona, lecz niestety w środku niewiele się od naszego ostatniego pobytu w 2007 r. zmieniło. Więcej o świątyni tutaj: https://en.wikipedia.org/wiki/Church_of_Saint_Sava.


Cerkiew świętego Sawy

Czar naszego wieczornego oczarowania Belgradem pryska w dzień. Belgrad wygląda tak, jakby w ostatnich trzydziestu latach nic tu się nie zmieniło. Co stało się z tym Belgradem, który w 80-tych latach był dla nas symbolem szyku, elegancji, mody, prawie jak Paryż? Wydaje się nam, że to nieodpowiedzialna polityka władz najpierw byłej Jugosławii, potem Serbii spowodowała, że Serbia wplątała się w szereg wojen wewnątrz bałkańskich i wszystkie przegrała. Czy koniecznym było oblężenie Sarajewa, bombardowanie Dubrownika czy Vukovaru? Czy zamiast prowadzić te wojny może lepiej byłoby negocjować? Na koniec Serbia i Belgrad bardzo ucierpiał na skutek bombardowań NATO. Na tym wszystkim najbardziej stracili Serbowie. (Uważamy, że NATO i UE popełniła błąd w przypadku Kosowa, może ten problem trzeba było rozwiązać inaczej). Teraz Serbia jest na rozdrożu, czy integrować się z UE czy szukać zbliżenia z Rosją. Z Rosją Serbię łączy stara przyjaźń (wyzwolenie spod okupacji tureckiej), religia, alfabet. (Widzieliśmy na ulicy pana, który w klapie marynarki miał medalion z podobizną Putina.) Z kolei UE nic nie robi, aby Serbię przyciągnąć do siebie. Naszym zdaniem integracja z Rosją byłaby dla Serbii katastrofą ( my Polacy zawsze traciliśmy na bliskich kontaktach z Rosją ). Na tym kończymy te nasze dygresje.
Jest bardzo gorąco i parno, dużo czasu spędzamy w parkach, siedząc w cieniu, podpatrujemy jak ludzie tu odpoczywają.
Robert Lewandowski jest chyba najbardziej popularnym tutaj Polakiem. Cały Belgrad „udekorowany” jest reklamami firmy Huawei z jego podobizną. Jest wszędzie. Chyba przesadzili z tą reklamą.
Idziemy jeszcze do cerkwi św. Marka i do cerkwi Wniebowstąpienia Pańskiego. Obie wspaniałe, ale każda ma inny charakter. Cerkiew św. Marka duża, jasna, surowa w środku, bez malowideł, ze wspaniałym ikonostasem. Cerkiew Wniebowstąpienia dużo mniejsza, ciemna, tajemnicza, cała pokryta freskami. 
Cerkiew świętego Marka
W cerkwi św. Marka
Cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego
Dalej przechodzimy obok budynku Parlamentu. 

Jeszcze raz budynek Parlamentu ( jak się przyjrzycie to na dole jest transparent potępiający NATO )
Na obiad idziemy oczywiście na Skadarliję, zamawiamy jagnięcinę w jednej z knajpek, poleconych przez Bojanę.

Restauracyjki na Skadarliji
Muzykanci w restauracyjkach
Po posiłku jeszcze spacer przez centrum miasta. Idziemy na kawę do jednej z najstarszych kawiarni Belgradu „?”. Ta dziwna nazwa ma swoją długą historię. Kiedyś, jeszcze w XIX w. władze kościelne nie chciały się zgodzić na nazwę „Kawiarnia Katedralna” (lokal jest blisko katedry), właściciele nadali jej tymczasową nazwę „?”, i tak zostało do dzisiaj. Już po ciemku idąc przez centrum miasta w kierunku naszego mieszkanka, zaglądamy do uroczego Parku Studenckiego.
Jutro jedziemy dalej – do Bułgarii.


Kawiarnia "?"