środa, 18 maja 2016

1. Jedziemy na Bałkany

Za dwa dni wybieramy się w nasz najdłuższy wyjazd, który będzie od 20 maja do 14 lipca 2016 roku. Planując nasze wyjazdy wcześniej, miał to być trzymiesięczny wyjazd samochodem do Turcji, Gruzji,  Armenii i Iranu. Niestety sytuacja polityczna jest taka jaka jest i na razie tego wyjazdu zrealizować nie możemy.

Samochodem planowaliśmy jeszcze wyjazd na Sycylię i do Hiszpanii, ale wygrała Grecja i Bałkany. Bardzo lubimy ten kierunek, a Rumunia jest jeszcze nieodkryta przez polskich turystów.

Wyjeżdżamy więc na prawie dwa miesiące do Grecji, Bułgarii i Rumuni. Będziemy w miejscach „bardzo turystycznych” takich, jak Ateny czy Delfy, ale również tam gdzie dociera niewielu turystów (półwysep Mani, Rodopy). Trasę naszej wycieczki ułożyliśmy tak, aby zobaczyć te miejsca, w których jeszcze nie byliśmy oraz w takie, które wcześniej nam bardzo się podobały ( Rilski Monastyr, Meteory, Saloniki ).

Planowana trasa naszej wycieczki:

Bielsko Biała – Holloko – TimisoaraBelgrad - Żelazne Wrota – Widyń – Beogradczik – przełom Iskyru – Rilski Monastyr – Monastyr Ossogowski – Kuklica - Kratowo – Stobi – Bitola – Heraklea – Meteory – Metsowo – Janina – Arta – Diakopto – Kalavrita – klasztory Mega Spileou, Agias Lavras - Olimpia, świątynia w Bassai, - Wąwóz Lousios – Kalamata – Avia – Mistra – Sparta – półwysep Mani – Pirgos Dirou - Vathia – przylądek Tenaro – GithioMonemvasia – Geraki – Leonidio – Nafpilio – Mykeny - Epidauros – Tiryns - Argos – Korynt – klasztor Dafni – Ateny – Światynia Posejdona w Sounion – klasztor Osios Lukas – Delfy – Galaxidi – Saloniki – Kavala – Zlatograd – Diabelski Most – Czudnije Mostove – Asenovgrad – Plovdiv – Kazanłyk – przełęcz Szipka – Buzludza – Wielkie Tyrnovo – Arbanasi – Monastyr Preobrażenski – Szumen – Madara – Warna – Złote Piaski – Kraniewo – Albena – Constanca – MamajaTulcza – Delta Dunaju – Bukareszt – Monastery w okolicy Horezu – draga Transfogaraska – Braszov – Busteni - góry Bucegi – Jassy – Malowane kościoły Bukowiny – Suczawa – Gura Humoru – zabytkowe cerkiewki Maramuresz – Sapanta – wesoły Cmentarz – Bielsko Biała.

(w miejscowościach wytłuszczonych planujemy noclegi)

To jest nasz plan, jak znamy życie, coś z tego planu wypadnie coś na pewno dojdzie. Przed wyjazdem tj. dwa miesiące wcześniej rezerwujemy noclegi, wychodząc z założenia, że zaoszczędza nam to czas w podróży oraz pozwala na tańsze ich załatwienie. Chociaż marzy nam się jechać przed siebie i bez większych planów, zatrzymując się w danym momencie wybranym miejscu. Może jak wygramy w Totolotka. Mamy już zarezerwowane noclegi w sumie 55 w 28 miejscowościach ( patrz wyżej ). 19 noclegów załatwiliśmy poprzez stronę www.airbnb.pl oraz 36 noclegów przez stronę www.booking.com.  
Na airbnb rezerwujemy głównie mieszkania. Szczególnie w dużych miastach można znacznie taniej znaleźć lokum i tak w Belgradzie i w Atenach znaleźliśmy jednopokojowe mieszkanka po ok. 20 euro/noc. 

Może Wy moglibyście coś nam zasugerować, co warto na tej trasie jeszcze zobaczyć. O wszystkim postaramy się pisać w naszym blogu. Z poszczególnych etapów będziemy zamieszczać szczegółowe mapki. 
Będziemy czekać na Wasze komentarze.


Cieszymy się, że znowu zobaczymy Rilski Monastyr.










Rilski Monastyr (zdjęcia z naszego wyjazdu z 2010 r). Na ostatnim zdjęciu młody mnich uderzając w deskę oznajmia, że to już koniec zwiedzania klasztoru.
Oraz zawieszone w chmurach Meteory.

















































Meteory, zdjęcia również 2010 r.





























środa, 23 marca 2016

Góra św. Eliasza 961 m n.p.m. (Sveti Ilia) - wspomnienia

Opisując naszą wycieczkę na Kończysty Wierch ( nasz post: 

Wycieczka w Tatrach Polskich na Kończysty Wierch 2002 m n.p.m. )

przypomniały się nam najładniejsze nasze wycieczki górskie. Mimo, że kochamy polskie góry Tatry, Bieszczady, Pieniny, Gorce oraz nasze Beskidy i bardzo lubimy po nich chodzić, to naszą najładniejszą widokowo wycieczkę górską mieliśmy w Chorwacji. Zawsze wyjeżdżając na urlop, jeżeli w zasięgu są góry, to bierzemy buty turystyczne i kijki. 

W 2009 r na przełomie września i października pojechaliśmy na dwutygodniowy urlop na półwysep Peljeszac i wyspę Korczulę.




Przez kilka dni mieszkaliśmy w Orebicu. Ale ile można wytrzymać na plaży? Trzeciego dnia musieliśmy już gdzieś pójść, wybór padł na górę św. Eliasza 961 m n.p.m. (Sveti Ilia). Wznosi się nad Orebicem i jest najwyższą górą w rejonie. Pani w informacji turystycznej powiedziała nam, że pomimo braku mapy nie powinniśmy mieć trudności z trafieniem na szczyt. Prowadzi tam dobrze znakowany szlak „czerwone kółeczka”. W samym Orebicu na dole były tabliczki, że na szczyt trzeba iść 2,5 godziny. Wydawało się nam to nieprawdopodobne, z prostego przeliczenia odległości ok. 6-8 km oraz różnicy poziomów wychodziło nam, że na szczyt pójdziemy minimum 4 – 4,5 godziny. I tyle rzeczywiście szliśmy.
Wyszliśmy o godz. 8.00, a właściwie podjechaliśmy autem kawałek do pobliskiego klasztoru franciszkanów z XIV. Już sam widok spod klasztoru na miasto i wyspę Korczulę oraz cieśninę jest wspaniały i godny dłuższej kontemplacji. Potem powoli się wznosimy, droga nie jest stroma, ale mozolna. Z każdym metrem wysokości widoki są wspanialsze, przy Korczuli stoi na redzie statek pasażerski, dodaje to uroku temu wspaniałemu widokowi.


Widok na Orebic z okolic klasztoru
Wejście do kościoła Matki Boskiej Anielskiej w klasztorze
Start na parkingu koło klasztoru



W stronę Korczuli (ten mały półwysep to stare miasto Korczula)
Urzekają nas piękne widoki, jak również otaczająca nas przyroda.
Chorwackie borówki



Dąb ciernisty
Wrzosy



Zimowit




Po około godzinie wchodzimy do lasu, ścieżka się trochę wypłaszcza. Dziwny to las. W zeszłym roku latem były tutaj olbrzymie pożary, spłonęło całe poszycie lasu, a nawet kora drzew (głównie sosny), ale drzewa przetrwały i gdyby nie okopcona, a nawet nadpalona kora, to nikt by się nawet nie domyślił, że rok temu był tu pożar. Taka jest siła natury oraz przystosowanie się lasu do trudnych warunków. 


Ciekawy kształt drzewa
Znajduje się tutaj schronisko górskie, ale niestety było nieczynne.
Widok z okolic schroniska
Przy wyjściu z lasu wchodzimy na wapienne gołoborze. 


Wapienne gołoborze 
Jeszcze niecała godzina wspinaczki i znajdujemy się na szczycie. Na szczycie krzyż i piramidka z kamieni ułożona przez turystów, dokładamy też swój kamyk. Widoki są wspaniałe. Widać stały ląd, wiele wysp Hvar, Korczulę, ale również te dalsze: Brac, Mljet, Vis. Za Bracem, na stałym lądzie można dostrzec Split. Stoimy i podziwiamy, trudno coś napisać, z wrażenia nawet zapominamy robić zdjęcia.

Szczyt góry św. Eliasza 961 m
Dokładamy też swój kamyk


Widok na Korczulę
Widok na płw. Peljaszac
Widok na rozczłonkowaną Korczulę
Widok na miejscowość Duba Peljeszka na półwyspie, a w dali Chorwacja na kontynencie przez wyspę Hvar po lewej stronie
Widok na półwysep Peljaszac, a po lewej stronie kontynent poprzez usiane liczne wysepki


Schodzimy tą samą drogą, mimo że podobno jest krótsza, ale trudniejsza w orientacji. W drodze powrotnej jeszcze raz wspaniałe widoki. Teraz trochę inne, bo już jest inne światło,statek pasażerski też odpłynął.
Jeszcze chcemy uchwycić ostatnie widoki z góry 
Trawersujący szlak i te przepiękne, jakby usiane wysepki
Stare miasto Korczula widziane z drogi powrotnej w maksymalnym zoom'ie
Na całej trasie, spotkaliśmy tylko dwie osoby. Ostrzegano nas przed żmijami, szczególnie w lesie (nie widzieliśmy) oraz dzikimi osłami. Nie spotkaliśmy tutaj żadnego, ale przygodę z dzikim osłem mieliśmy w Chorwacji podczas innego wyjazdu i w innym miejscu. Po drodze spotkaliśmy jedynie modliszkę, która nie była nami zainteresowana.


Modliszka na kamieniu po drodze
Wycieczka zajęła nam cały dzień, w Orebicu byliśmy ok. 17.00. Wyprawa nie jest trudna, ale o kilku rzeczach trzeba pamiętać:
  • woda, trzeba mieć przynajmniej 2 litry wody na osobę, my mieliśmy tyle na dwójkę i przyszliśmy trochę odwodnieni. Po drodze nie ma żadnej wody (ani strumyka, ani źródełka),
  • nakrycie głowy, słońce na odkrytych terenach operuje bardzo mocno, nie ma się gdzie schować,
  • okulary przeciwsłoneczne, kopuła szczytowa jest z białych skał wapiennych, światło słoneczne odbite od tych skał może spowodować zmęczenie, a nawet uszkodzenie oczu,
  • dobre obuwie. Niby można pójść w adidasach, ale lepsze będą buty o solidnej podeszwie.
  • nie należy wybierać się na wycieczkę w okresie burzowym, szczyt jest znanym z przyciągania wyładowań, jeżeli zanosi się na burzę należy bezwzględnie zawrócić. 

A ten piękny zachód słońca w Orebicu kończy nasz dzień pełen wrażeń.

Zachód słońca nad Orebicem

piątek, 26 lutego 2016

N-dziesiąte urodziny Lili

Wczoraj z okazji urodzin Lili urządziliśmy dla najbliższych znajomych małą imprezę w "Chacie na Groniu"  www.chatanagroniu.pl. Chata - prywatny pensjonat znajduje się nad Bystrą Śląską i Meszną, na stokach Magury i Klimczoka. Jedzonko było pyszne i różnorodne, "szampan lał się strumieniami". Przygrywała nam słynna kapela góralska "Kowalczyki". Było wspaniale, tak jak na załączonych zdjęciach.





niedziela, 10 sierpnia 2014

Wycieczka w Tatrach Polskich na Kończysty Wierch 2002 m n.p.m.

Post ten nie powstałby, gdyby nie powracające wspomnienia dostojnych tatrzańskich kozic  .....

W piątek wieczorem, po obejrzeniu wieczorem dobrej prognozy pogody, zdecydowaliśmy się, że jutro rano pojedziemy na wycieczkę w Tatry. Trzy lata wcześniej, podczas wędrówki po Dolinie Chochołowskiej, weszliśmy na Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.). Urzekła nas wtedy ścieżka idąca granią w kierunku Kończystego Wierchu, jak również wspaniały widok. Postanowiliśmy wtedy, że jeszcze raz musimy tam pojechać. Decyzja zapadła jedziemy na Trzydniowiański Wierch.
W sobotę (9 sierpnia 2014 r) wstaliśmy jeszcze przed świtem, wsiedliśmy do samochodu i przed dziewiątą dojechaliśmy na parking przed Siwą Polaną u wylotu Doliny Chochołowskiej.
Tam wsiedliśmy do „górskiego tramwaju” (traktor z przyczepą), który nas podwiózł ok. 3 kilometrów w górę doliny. Pogoda była wspaniała, słońce z niewielkimi chmurkami. Nie będziemy tu opisywać przebiegu trasy, opis znajdziecie w każdym przewodniku po Tatrach Zachodnich. 

























Nie wchodziliśmy do schroniska, od razu skręciliśmy w lewo w Dolinę Jarząbczą, pierwszy postój zrobiliśmy w miejscu, do którego w roku 1983 doszedł Nasz Papież. Zaraz potem zaczyna się podejście, nie jest strome. Dopiero po wyjściu z lasu i wejściu w kosówkę kiedy szlak opuszcza dolinkę niewielkiego strumyczka zaczyna się bardziej strome podejście. Tutaj naprawdę ciężko się nam podchodziło, tak jakoś się dzieje, że im jesteśmy starsi, to góry wydają się nam bardziej strome i bardziej wysokie.


Na Trzydniowiańskim Wierchu


Ale widok z Trzydniowiańskiego Wierchu wynagradza ten wysiłek. Na szczycie odpoczywamy, jemy, podziwiamy widoki oraz młodych ludzi, którzy tu weszli z maleńkim dzieckiem.
Po odpoczynku idziemy dalej w kierunku Kończystego Wierchu (2003 m n.p.m.). Po minięciu niewielkiego garbu na grani Czubika (1845 m n.p.m.) widzimy, że ludzie stoją i coś oglądają, okazało się, że przez ścieżkę przechodzą kozice.

Kozice na szlaku




Widok z Kończystego Wierchu w stronę Trzydniowiańskiego, (widać  stromą ścieżkę na Trzydniowiański)
Na szczycie Kończystego Wierchu
W stronę Starorobociańskiego Wierchu (2175 m n.p.m.)

Kiedyś kozice uciekały od ludzi i było ciężko je wypatrzeć, a teraz naszą ludzi obecność tutaj tolerują, nie uciekają. Uważamy, że tak jak my je obserwujemy, one obserwują nas, nawet z zaciekawieniem. My, turyści czujemy się tu intruzami, jesteśmy tu tylko chwilowymi gośćmi, to jest ich dom i terytorium. 
Kozice towarzyszą nam aż do osiągnięcia szczytu Kończystego Wierchu. Stadko składa się z 15 osobników. Wszyscy jesteśmy zafascynowani. Siedzimy na szczycie, przypatrujemy się zwierzętom, i oglądamy wspaniałe widoki, prawie jak raj. Odsyłamy do linku: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kozica_tatrzańska
Gdyby nie kozice to poszlibyśmy jeszcze kawałek dalej w stronę Jarząbczego Wierchu (2137 m n.p.m.). Po ponad godzinnym odpoczynku czas na powrót. Wracamy tą samą drogą, którą przyszliśmy, nie robimy już tego błędu co kiedyś i nie schodzimy krótszą drogą - szlakiem czerwonym wprost do Doliny Chochołowskiej, tam jest bardzo stromo. Schodzenie jest równie trudne, jak wchodzenie, bolą kolana. A po drodze naturalna kapliczka.

Kapliczka w pniu drzewa
W Dolinie Chochołowskiej jesteśmy późno i nie wstępujemy do schroniska. Okazuje się, że „tramwaj” też już nie jeździ i na pieszo musimy pokonać ostatnie kilometry.
Do samochodu dochodzimy już po zmroku. W domu jesteśmy po 23.00, strasznie zmęczeni, ale bardzo zadowoleni.
Tego dnia przeszliśmy ponad 25 kilometrów, pokonaliśmy różnicę wzniesień ponad 1200 m. Poniżej rozwinięcie naszej trasy.